FreshMail.pl
kobieta w czerni skacze z parasolem na tle struktury architektonicznej

fatshion

Dlaczego nie mogę być Charlotte Gainsbourg?

Gruba czyli zaniedbana?

Czy wiecie skąd się to wzięło? Czemu w zbiorowej świadomości pokutuje przekonanie, że kobieta z nadwagą, ba, miejmy gest, kobieta otyła to symbol poddania się i zaniedbania?

Jeśli bywacie na moim instagramie, wiecie pewnie, że nałogowo oglądam Mad Menów. Nie wiem co będzie, jak mi się skończą. Jak każdy uzależniony nie zastanawiam się nad tym co będzie, kiedy skończą się dragi. Do brzegu – obejrzałam, proszę Syren, wczoraj odcinek, w którym Betty Draper, wcielenie kobiecej doskonałości z przełomu lat 50 i 60, dostaje drugiego podbródka. Toczy się w tym odcinku pomiędzy nią, a jej teściową dialog, w którym tamta mówi Betty, że się poddała i przestała o siebie walczyć. Jest zabiedbana. Że powinna iść do lekarza po tabletki na odchudzanie, bo to jeszcze nie ten wiek, żeby nie musiała nadskakiwać mężczyznom. Że przecież mogłaby być nadal piękna. Brzmi znajomo? No przecież.

I ja tak wzięłam to sobie na mózg. I czy przez lata faktycznie tak nie było? Że kobiety w pewnym momencie życia rezygnowały, rezygnują z siebie? Na rzecz dzieci, obiadu na stole, męża w domu, prania, prasowania i tysiąca miałkich rzeczy, które przecież zawsze były ważniejsze. I to nie jest tak, że ten moment wiązał się z tyciem ZAWSZE. Ale jednak, często.

Czy to się mogło wziąć stąd właśnie?

A może chodzi o to, że jednostkom konstatującym absolutne podporządkowanie się zastanym regułom trzeba zwyczajnie dopieprzyć? Za nic i za wszystko. Za to, że odmawiają włożenia wysiłku w dopasowanie się do normy. Przecież ja odmawiam sobie wszystkiego, jak to możliwe, że ktoś ma mieć wygodniej? Jak można się nie przejmować? Jak można być tą jedyną żoną ze Stepford, która nie prasuje dzieciom majtek w kancik?

Wymięty szyk nie jest dla grubasek

Uwielbiam Charlotte Gainsbourg. Ten jej niewymuszony, nonszalancki styl. Potargane włosy i ubrania, które mają tylko jedno zadanie – chronić przed zimnem. Nie poprawiać proporcji, nie zakrywać, nie polepszać. Zmarszczki i luz.

Siląc się na nieformalny look „właśnie wyszłam z łóżka” zawsze wyglądam jak niechluj.

Istnieje przekonanie, że kobieta plus size, żeby nie uchodzić za zaniedbaną przez 100% czasu antenowego musi wyglądać na sto pro. Żadnych półśrodków. Obcas, szminka, mankamenty sylwetki skrzętnie skryte pod odpowiednim (!) fasonem ubrania. Do tego włos i paznokieć zawsze na świeżo. W Polsce nie widać tego może aż tak jaskrawo na ulicach mniejszych niż stolica miast, ale odkąd pamiętam, odczuwam ten imperatyw, żeby postarać się bardziej. Cokolwiek to oznacza.

Wiadomo, żyjemy w kulturze totalnej konsumpcji wyglądu. Wszystko jest na pokaz, człowiek spokojnie nie może przysiadu zrobić, bo jeśli nie został udokumentowany na filmiku z siłowni to się nie liczy. Wszystko, nawet dbanie o swoje ciało wyonanizowaliśmy do maksimum, podnieśliśmy do potęgi n-tej i pozbawiliśmy zdrowego rozsądku. Nie liczy się bowiem czy i ile jestem w stanie dźwignąć, jak płynnie potrafi się ruszać moje ciało. Nie. Jeśli nie mam rzeźby, nic się nie liczy. To, co kiedyś miało służyć zdrowiu, teraz ma liczyć publicznej uciesze bliżej nieokreślonych odbiorców. Czuję, że nie mogę wyglądać normalnie. Muszę wyglądać najlepiej.

Czarny pas w przemalowywaniu trawnika na zielono

W czasach mojej młodości (żarcik taki) procedura wychodzenia na miasto oznaczała zaawansowaną logistycznie operację, wiadomo, samo się nie zrobi. Doskonale przemyślany strój i precyzyjnie wyekstrapolowany czas pomiędzy ostatnim siknięciem w domu, wyjściem, a założeniem sięgających gardła obściskujących majtek. Zero marginesu bezpieczeństwa. Zero czasu na poprawki.

Perfekcyjny makijaż z rzęsą po brew i szminka, och, ileż z tą szminką było zachodu, zanim zaakceptowałam naturalny stan rzeczy, który w moim przypadku nie uwzględnia zanadto górnej wargi. Przysięgam, że nie byłoby różnicy, gdyby zamiast konturówki ktoś mi włożył do ręki skalpel i zamiast przed lustrem, ustawił na sali operacyjnej. Moment startu przygotowań od chwili, gdy w butach na obcasie spływałam po schodach dzieliło stulecie.

Nauczyłam się być tym “niechlujem”

Ileż to wieczorów spędziłam na dyskretnym poprawianiu podjeżdżającej pod pachy halki modelującej i tego wystudiowanego, kompletnie nie mojego kształtu ust. I wiecie co? Cieszę się, że to już za mną. Oczywiście jeśli tylko mam ochotę, nic nie stoi na przeszkodzie, żebym zrobiła swoje sto pro. Inne niż kiedyś, lepsze, bo oparte nie na wyburzaniu wszystkiego i malowaniu kwiatków na gruzach, a na wyciąganiu tego, co we mnie najlepsze. Czy jestem zaniedbana? Nie sądzę.

Dzisiaj nie rysuję sobie ust pod sam nos i zwykle odpuszczam modelujące majtki. Dalece bardziej istotny jest dla mnie komfort i radość czerpana z towarzystwa moich ludzi, niż to, że gdzieś wystaje mi fałdka. Nie potępiam bielizny modelującej, ani starania się. Nie odbierajcie tego w ten sposób. Uwielbiam dobrze wyglądać. Wszyscy to lubimy. Uczę się jednak, żeby mój odświętny wygląd nie był przebraniem, a integralną częścią mnie.

Poza tym – w chwili obecnej za najlepszy strój imprezowy uważam kostium do ATSu. 10 kilo biżuterii i drugie tyle spódnic. W tym czuję się najpiękniej, choć mój odsłonięty, bardzo daleki od ideału brzuch może budzić niesmak.

Żywię nadzieję, że dojdziemy kiedyś do tego miejsca, w którym bez krzywych spojrzeń będziemy sobie mogły pozwolić na noszenie czegokolwiek zechcemy. Dzwonów, dresów, pasków, kratek, a nawet różowego futerka. Czekam na ten dzień, kiedy grubi ludzie przestaną wzbudzać sensację i wszyscy wreszcie ogarną, że możemy się bawić modą tak samo jak inni.

Leave a Comment

Comments (13)

  1. O matko, Ula, jak się z Tobą czasem nie zgadzam, tak będę tu cholera przychodzić dla stylu pisania:

    „Doskonale przemyślany strój i precyzyjnie wyekstrapolowany czas pomiędzy ostatnim siknięciem w domu, wyjściem, a założeniem sięgających gardła obściskujących majtek. Zero marginesu bezpieczeństwa. Zero czasu na poprawki.

    Perfekcyjny makijaż z rzęsą po brew i szminka, och, ileż z tą szminką było zachodu, zanim zaakceptowałam naturalny stan rzeczy, który w moim przypadku nie uwzględnia zanadto górnej wargi. Przysięgam, że nie byłoby różnicy, gdyby zamiast konturówki ktoś mi włożył do ręki skalpel i zamiast przed lustrem, ustawił na sali operacyjnej. Moment startu przygotowań od chwili, gdy w butach na obcasie spływałam po schodach dzieliło stulecie.”

    Zacznij książki pisać, serio mówię.

  2. Gruba (czy też otyła) kobieta też może być rockową walkirią z drapieżnie rozmazanym okiem albo wiedźmą z lasu, obwieszoną ciężkimi koralami i rwącą się koronką. Oba style uskuteczniam, ilekroć akurat mam siłę i nastrój. A jak nie mam, to kursuję po mieście w ukochanych podartych dżinsach i trzepoczącym luźno swetrze. W oczach przeciętnego przechodnia nawet ściśnięta gorsetem, ołówkową spódnicą i wetknięta w jakieś mordercze szpilki nadal będę pożałowania godnym odchyłem od św. Normy. A ja lubię, gdy ubrania są wygodne. Te eleganckie z zasady nie są.

    1. Tu Buttercup z http://buttercupsfrocks.tumblr.com/ dobrze sobie radzi moim zdaniem, wygląda to i elegancko i wygodnie. Ja też jestem z frakcji ‚wygoda na pierwszym miejscu’, więc jak się mam po mieście poruszać to bojówki i glany rzadzą, obcasy i makijaż zostawiam na ‚siedzące’ okazje.

  3. Kocham Cię Ulu…Jak już wiele osób pogodziło się z tym, że moja d… nie zmaleje, zaczęły się rady odnośnie makijażu, ubierania i wylaszczenia.ZADBANIA O SIEBIE PO PROSTU.Nie sądzę, że jestem kobietą zaniedbaną – dla mnie dbanie o siebie to przede wszystkim higiena i zdrowie.A szpilki zdrowiem nie są.Powiem szczerze karykaturalnie wyglądają czasem modelki xsize w cieniutkich 11 cm szpilach.Wizja mnie w nich poginającej na codzień po kocich łbach wydawała mi się wyjątkowo mroczną torturą.Podobnie jak wstawanie rano by perfekcyjnie się umalować i wdziać przemyślaną kreację.Bo to przecież jedyny sposób by zwrócić na siebie uwagę faceta – jak już jest gruba to niech chociaż ostentacyjnie widać, że zależy jej na wyglądzie.Oczywiście nie jestem fanką abnegacji – dla mnie zaniedbanie to brudne ciuchy, brudne włosy i pazury , zepsute ząbki i ogólnie niemycie się.A zapewne nie chciałabym wiedzieć ile wymalowanych i odstrzelonych kobiet nie ma zębów, albo się nie myje.Dbanie o siebie to również komfort psychiczny i dobre samopoczucie nawet jeśli jesteśmy w stroju niedbałym acz wygodnym.Nie jestem typem, który uwielbia się pindżyć i dla którego wygląd jest sensem życia.

    1. Zdaje się, że ludzie mają bardzo dokładnie obmyślone co to znaczy „zadbać o siebie”. I bynajmniej nie chodzi tu o aspekty związane że zdrowiem.

Hej, Syreno Lądowa!

Zostaw swój e-mail, a nie przegapisz ani literki! Zapisz się na pierwszą całkowicie ciałopozytywną listę mailową.

Chcę się zapisać do Syreniej Poczty Niekoniecznie Lądowej (możesz się wypisać kiedy tylko zechcesz. Jeśli zechcesz!).

FreshMail.pl