boska jillian

fat&fit

Czego nauczyła mnie Jillian Michaels

Znacie Jillian Michaels? No pewnie, że tak. Przynajmniej te z Was, które mają za sobą dziesiątki prób rozwinięcia regularnego nawyku ćwiczenia w domu ze wsparciem jutuba. Tym, które nie znają wyjaśnię, że to taka amerykańska Chodakowska. Tylko lepiej.

Jillian to mój girl crush

Od pierwszego wejrzenia. Paradoksalnie pierwszym filmem, w jakim ją widziałam, nie było instruktażowe wideo, lecz wywiad. Wywiad, w którym jedna z najbardziej rozpoznawalnych w świecie amerykańskiego fitnessu twarzy bez najmniejszego wstydu i mrugnięcia okiem przyznawała się, że nie cierpi ćwiczyć. – Gdzieś Ty była całe moje życie!? – zakrzyknęłam i rzuciłam się na pierwsze wideo z serii 30 days shred. Chyba nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, gdy napiszę, że tak mniej więcej od 10tej minuty siedziałam przed komputerem i ocierając pot, przyglądałam się wyczynom Jillian i jej ekipy. Do tej pory nie udało mi się przetrwać pełnych 30 minut. Za okoliczność łagodzącą trzeba mi policzyć fakt, że tak mniej więcej po trzeciej próbie uznałam, że nie ma sensu. Nie wszyscy się urodziliśmy gazelami.

Oprócz niechęci do ćwiczeń, bycia lesbą (która wychowuje dzieci różnego koloru i kształtu), rzucenia w cholerę lukratywnego kontraktu w America’s Biggest Loser, ma Jillian Michaels jeszcze jedną cechę, która bardzo w niej cenię. Jest dociekliwa.

No i uratowała mi życie.

A już na pewno poprawiła jego jakość.

Równo-co?!

Mam PCOS. Nie piszę, że choruję, bo w moim przypadku to bardziej właściwość organizmu, niż zespół konkretnych dolegliwości. Nadszedł w moim życiu czas, kiedy (trochę na własne życzenie) doprowadziłam swój organizm do skrajnej wściekłości. Po kilku dietach i przepracowaniu półtora roku na noce, pojęcie równowagi hormonalnej – czegoś, o czym na co dzień zdrowy człowiek zupełnie nie myśli – stało się dla mnie jak kolekcja plus size w polskim Forever21. Słyszałam, że istnieje gdzieś hen, daleko.

Krótko mówiąc – sypnęło się wszystko. Włosy leciały mi garściami z głowy, ale pojawiały się w miejscach, gdzie bym sobie najmniej tego życzyła; w ciągu roku narzuciłam 12 kilo; twarz mi kwitła kraterami niczym japońska wyspa; okres pojawiał się równie regularnie, co łódzki autobus linii 57. I takie tam przyjemności.

Ponieważ nie lubię się godzić z tym, że tutaj jest, jak jest, wybrałam się do lekarza. Uzdolnionego endokrynologa, który bez żadnych badań, z mojej miny wyczytał co mi jest. I zapisał leki. Całą baterię leków. Hormony takie, srakie i owakie (w tym jedne takie, które podaje się dewiantom na wyciszenie popędu płciowego), metforminę i diuretyki. Dał receptę i kazał się pokazać za… trzy miesiące.

Po tych wszystkich chemicznych cukiereczkach zaczęłam się czuć, jakby mi ktoś owinął głowę grubą warstwą folii bąbelkowej. Zero kontaktu ze światem. Nie cieszyło mnie nic. Nic. Nul. Zero. Dzięki niedobranym lekom, które karnie łykałam, stałam się nieszczęśliwym kartoflem. Tyle ze mnie było. Wkurzyłam się w końcu. Rzuciłam i lekarza, i tabletki. Tak gdzieś trzy miesiące później wróciłam do punktu wyjścia. Z wąsami i bez okresu. Wiedziałam, że trzeba coś zrobić, ale nie miałam zamiaru znów się zdawać na hormonalną mękę. Szukałam.

Na chłopski rozum

I wtedy trafiłam na Jillian. A w zasadzie jej książkę, o napisanie której bym jej nie podejrzewała. Master your metabolism przeczytałam najpierw po angielsku (nie od razu trafiłam na polskie wydanie), niech Wam to da wyobrażenie o tym, jak przystępnym językiem napisana jest ta książka. Byłam zachwycona! Wreszcie ktoś przetłumaczył z lekarskiego na nasze większość endokrynologicznych zawiłostek. Eureka, miałam chęć zawołać. Insulinooporność? Nigdy bym na to nie wpadła!

CIEKAWOSTKA

Gdyby nie Jillian w życiu bym się nie dowiedziała z czego wynika zalecenie, żeby nie jeść na cztery godziny przed snem. Nikt mi nigdy nie powiedział, że podniesiony poziom hormonu głodu, greliny, sprzyja metabolizacji hormonu stresu, kortyzolu, i dzięki temu całe ciało regeneruje się lepiej. Znałyście to?! Szczerze!

Pomóż sobie

Master your metabolism (czyli po polsku Opanuj swój metabolizm) to pierwsza pomoc dla dziewczyn, które cierpią z powodu dolegliwości związanych z zespołem jajników policystycznych. MUST READ. Zebrany w książce materiał zawiera cały szereg wskazówek i podpowiedzi jak pomóc swojemu organizmowi wrócić do równowagi. Bo wbrew pozorom to do niej cały czas dąży całe nasze ciało.

Dużo można zrobić samemu, ale podstawą powinien kontakt z ogarniętym lekarzem. Regularne badania. Żadne diety i fitnesowe mambo dżambo nie zastąpią badań, jeśli chodzi o rzetelną wiedzę o tym co dzieje się z twoim organizmem.

Warto też, żebyście czytając to pamiętały, że jednak europejskie jedzenie różni się od amerykańskiego. Nie musisz wydawać kroci na certyfikowane i organiczne produkty (no, poza mięsem, w tym przypadku warto mieć zaufanego dostawcę), żeby w Polsce jeść to, co jest dobre dla Ciebie.

Morał z tej historii jest taki, że nie możecie się poddawać, gdy w grę wchodzi wasze zdrowie. Trzeba się badać, szukać, drążyć, czytać. I potem dzielić tym, coście wygrzebały. A nuż, Jillian Wam pomoże? Czasami naprawdę niewiele wystarczy, żeby znacząco poprawić sobie jakość życia.

Leave a Comment