brzuch na propsie

fattitude

Jak to się stało, że publicznie pokazałam gruby brzuch?

Dlaczego zdecydowałam się pokazać swoje fałdy?

Kilka dni temu postanowiłam przyłączyć się do akcji #donthatetheshake. Dosyć spontanicznie, na zakończenie zajęć poprosiłam moje dziewczyny o sfilmowanie mnie w tańcu. Film, w którym bezlitośnie obnażam swoją galaretkowatość obejrzało na samym tylko FB kilka tysięcy osób. I wiecie, co zaskoczyło mnie najbardziej? ZUPEŁNY BRAK HEJTÓW.

I jiggle therefore I am! @donthatetheshake | trzęsę się więc jestem! #donthatetheshake #ats #americantribalstyle #intraining #losehatenotweight #thisbody #thisgirlcan #nowrongway #effyourbeautystandards #plussize #plussizedancer #plussizeandproud #plussizeblogger #psblogger #jiggle #plussizepassion #curvy #curvesarein #fat #fatandfit #fatbulous #curvygirl #curves #bigandbeautiful #bigandbold #bigassbooty #belly #jellybelly

Film zamieszczony przez użytkownika Urszula Chowaniec (@galantalala)

W możliwie najmniej pochlebnym stroju – choli (to ta kończąca się pod biustem bluzka) i leginsach. Czyli w zasadzie na golasa. Bez żadnych chustek, zasłon, czy innych protez, pokazałam w internecie to, z czego zaakceptowaniem mam największy problem. I chcę Wam trochę opowiedzieć o drodze, którą pokonałam, żeby zdobyć się na taki ruch.

Ten jedyny

Nie od razu zrozumiałam to, co jeszcze w końcu szkoły podstawowej powiedziała mi moja instruktorka kółka teatralnego. Przygotowywaliśmy wtedy Pana Twardowskiego i za żadne skarby świata nie mogła mnie namówić, żebym zadarła kiecę i pokazała nogi. Całe życie uważałam je za najsłabszy element i wizja ich publicznego ich pokazania przyprawiała mnie o dreszcze. Nie i koniec. I wtedy, w przypływie desperacji, Anita powiedziała mi, żebym dała spokój, bo nogi mam jedne. Są , jakie są. Innych nie będzie.

I, kurde, wiecie co? *niespodzianka* Miała rację!

#brzuchogalaretka

Przez długi czas nogi obejmowały prowadzenie w kategorii najbardziej nielubianych części ciała. Później pałeczkę przejął brzuch.

Mój brzuch nie jest ładny. Jest na nim jeden pionowy rozstęp. Jest za duży, za rzadki, skóra nie jest tak jędrna, jakbym sobie tego życzyła, ale wiecie co? Jest mój. Brzuch rozpatrywany w kategoriach organów ma to do siebie, że występuje pojedynczo. Czyli – najprawdopodobniej – nie będę mieć drugiego.

W czasach gdy korzystałam ze zbiorkomu regularnie bywało, że ów brzuch załatwiał mi miejsce siedzące, bo ktoś ustąpił mi sądząc, że jestem w ciąży. Bywało, że piękne sukienki nie dopinały się na mnie na jego wysokości. Na jodze przeszkadzał mi w niektórych asanach. Kiedy robię znienawidzone cardio większość leginsów zjeżdża mi pod niego, co kompletnie pozbawia mnie komfortu. Milion razy chciałam się przez niego zapaść pod ziemię.

Nie mam własnych dzieci, więc stan mojego brzucha to wyłącznie zasługa przypływów i odpływów masy ciała. Dietowania w tę i nazad. Minus dwanaście, plus dwadzieścia i tak bez końca. Znacie to doskonale, jestem pewna.

Lubię swój duży tyłek; masywne uda, które poza tym, że tłuste, są również potężnie umięśnione; nie ruszają mnie moje ramiona, które być może mogłyby mi uratować życie, gdybym wyskoczyła z wieżowca i rozpostarła je szeroko. Ale brzuch… no przyznam, że bywam z nim na wojennej ścieżce; że ciągle walczę o to, żeby go pokochać takim, jakim jest. Innego przecież nie będzie.

Wyjście z głowy

To, że nastąpi przełom nie było wcale takie oczywiste. Zaczęło się od tego, że zakochałam się w tańcu. W ATS. W dziewczynach, które zobaczyłam na filmie z zakończenia sezonu w szkole tańca. W tym, że każda jest inna, a jednak tańczą razem. Ale nie, to nie było tak, że weszłam na salę, rozbierając się w locie. Minęły miesiące, zanim w tym ekstremalnie przyjaznym i akceptującym środowisku odważyłam się wyjść do ludzi z gołym brzuchem. Pamiętam jak dziś, ten pierwszy warsztat, na którym zamiast kisić się w koszulce, zdemaskowałam swoją najsłabszą stronę. I wiecie co? Nikt, ale to nikt nie zwrócił na to uwagi. Jak to?! Nikt się nie poczuł urażony? Nikogo nie chwyciło obrzydzenie? Łał! Łałałałałałał. To może faktycznie problem był w mojej głowie?

Później poszło z górki – pierwszy występ. Skompletowany strój tak piękny, że nie wyobrażałam sobie, że mogłabym wbrew kanonowi wystąpić z zasłoniętym brzuchem. Wyszłam na scenę i okazało się, że moja radość z tańca przebija niepewność dotyczącą fałdek. Że kiedy jestem w muzyce z moimi dziewczynami, to ten goły brzuch kompletnie nie ma znaczenia.

Że ludzie po występie nie podchodzą do mnie powiedzieć, że co jak co, ale ten gruby brzuch na wierzchu to mogłabym sobie darować. Podchodzą powiedzieć, że było zajebiście i mam taką energię, że czapki zrywa. Nikt nie wspomniał o brzuchu.

Don’t hate the shake to cudowna akcja. Zrób to, zrób dla siebie. Nagraj sobie na własny użytek film, kiedy tańczysz jakby nikt Cię nie widział. A potem oglądaj i oglądaj. Obiecuję, że pierwszy raz jest najgorszy.

Oswój się z widokiem falującego ciała, bo nie ma w nim nic złego. Jest piękno, którym warto się cieszyć.

Leave a Comment

Comments (10)

  1. Nie jestem pierwszy raz na Pani blogu,ale pierwszy raz płakałam czytając ten wpis. Czułam się jakbym czytała swoje słowa. Bo moja historia i odczucia są bardzo zbliżone. Ale ja jeszcze nie poradziłam sobie ze swoimi ograniczeniami w głowie. Przede mną długa droga, ale dzięki Pani wiem że można 🙂 P.S Filmik z tańcem jest zabójczy 🙂

    1. Justyno, oczywiście, że można! Ba, nawet trzeba o siebie zawalczyć. Mam nadzieję, że znajdziesz w sobie siłę, żeby się zmierzyć z tymi trudnościami. Trzymam kciuki i służę wsparciem ❤

  2. To jest świetne!! Nie mogę przestać oglądać! Podziwiam Cię za pełne dystansu i humoru wpisy, ale taniec zwalil mnie z nóg :)pozdrawiam

  3. Tak nogi mamy jedne, brzuchy, uda…
    Zaskoczyłaś mnie brakiem hejtu…bo złośliwe komentarze pojawiają się tak często, że chyba materiał, pod jakim są zamieszczane nie ma większego znaczenia.