babska sila plus size

fattitude

Jedna jaskółka wiosny nie czyni, czyli dlaczego lubię dziewczyny

Miałam dziś pisać o czym innym, ale zainspirowało mnie wrzucone przez Grację z Super Size XL zdjęcie. W kadrze dwie uśmiechnięte od ucha do ucha kobiety i podpis: „Mieć w branży kogoś szczerego i takiego który Ci dobrze życzy, to rzecz bezcenna i spotykana sporadycznie.” Dało mi do myślenia.

Legendarna solidarność jajników

kłóci mi z gównianymi zachowaniami, jakie serwujemy sobie nawzajem. Jestem daleka odżegnywania się od tychże hasłem „Baby są jakieś inne”. Trzepie mnie, gdy słyszę albo czytam, że kobiety wolą zadawać się z mężczyznami, bo kobiet po prostu nie lubią. Skąd, do cholery, taka potrzeba srania do własnego gniazda?

Mam na to teorię. Dobrą jak każda inna. Może prawdziwą, a może nie? Otóż:

wychowanie do bycia najlepszym, upośledza nasz instynkt stadny na tak wielu poziomach, że zamiast trzymać sztamę, podkładamy sobie haki. Im częściej, tym lepiej.

Ok ladies, now let’s get in formation

A co mogłoby się stać, gdybyśmy nagle, któregoś dnia obudziły się pamiętając, że gramy do jednej bramki? Gdybyśmy przestały być dla siebie świniami, mogłybyśmy rządzić światem. Pomyślcie o tym. Facet leje żonę – przychodzi sąsiedzkie girl-komando i daje delikwentowi w papę. Pracodawca nie chce zapłacić tyle, co mężczyźnie na tym samym stanowisku – do negocjacji przystępuje Babski Związek Do Spraw Równości. Ktoś w tramwaju łapie Cię za tyłek i dostaje za to po łbie torebką od dziewczyny stojącej za nim. Nie czułybyście się bezpieczniej? Ja O WIELE.

A oglądałyście Lemonade Beyonce? Bo ja tak. Abstrahując od tego, że jestem psychofanką, to jest naprawdę dobrze zrealizowany i przemyślany materiał. Opowiada historię starą jak świat: o zranionej kobiecie, powracającej na łono swojego plemienia w poszukiwaniu uzdrowienia.

Kadry Lemonade są upakowane czarnoskórymi kobiecymi postaciami od brzegu do brzegu. Od tancerek, które w projekcie nie są potraktowane wyłącznie jako ozdobne tło, po mocarną Serene Williams, która ocieka zajebistoscią i girl power – wszystkie stają w formacji. (Choć nawiasem mówiąc tak bezpośrednie nawiązanie do Czarnych Panter jest co najmniej dyskusyjne). I nie mogę się powstrzymać przed fantazjowaniem, co by to było, gdybyśmy tak przypomniały sobie, że wzajemne wsparcie jest bezcenne. I że razem mamy Siłę. Przez wielkie S.

I w branży plus size, i w sklepie spożywczym. Zawsze i wszędzie.

Czarna siła

Udowodniłyśmy co potrafimy w minionym roku, wychodząc na ulicę. Ubrany na czarno, wkurwiony tłum o twarzy statystycznej Polki. Czarne parasolki i transparenty manifestujące nasze zbiorowe oburzenie. Udział w Czarnym Proteście był dla mnie wyjątkowym doświadczeniem. Maszerując w grupie (głównie) kobiet, czułam, że moja domowej roboty wściekłość ma znaczenie. Że razem, my, czarny monolit, jesteśmy siłą, z którą musi się liczyć nawet mający wszystkich w głębokim poważaniu polski rząd. Krzyczałam i maszerowałam, tak samo jak, być może, Ty. Zrobiłyśmy to razem, choć może oddalone od siebie o setki kilometrów.

Przykro mi, że nie pozwalamy sobie doświadczać tego częściej. Że zazdrościmy sobie, jak to ładnie napisała Gracja, rajstop. Bardzo mi się to spodobało, bo podstawy naszych kobiecych animozji potrafią być naprawdę niedorzeczne. Wydrapujemy sobie oczy nad lepszym sernikiem czy grzeczniejszym i bardziej uzdolnionym dzieckiem.  Rozdmuchujemy bzdury i wbijamy szpilki, jakby nie było na świecie ważniejszych rzeczy niż nasza zaściankowa zazdrość.

Już nie chcem być królewnom

Mnie samej zaakceptowanie „grupowej” części mojej natury nie przyszło łatwo. Jestem z tych, co to całe życie wiedziały lepiej. Urodziłam się z doświadczeniem życiowym 70latki. Wszystko sama, sama, sama. Zawsze pierwsza i zawsze najlepsza.

Uczciwie powiem, że wolałabym nie liczyć wszystkich moich hobby, projektów i pomysłów, które rzuciłam w cholerę, gdy okazywało się, że nie jestem w nich NAJ. Wstydzę się.

Dla mnie momentem przełomowym było natrafienie na ATS – taniec, który zbudowany został wokół grupowej kobiecości. Każdy ruch jest przemyślany tak, by podkreślać kobiecą naturę tej formy i płynącą z niej siłę. Nie spotkałam się dotąd z niczym, co dawałoby mi większe poczucie mocy i przynależności, niż godziny spędzone na tańczeniu z moimi dziewczynami. Synergia to słowo, które najlepiej oddaje ducha takiej grupy, którą fachowo nazywamy tribe, plemieniem. W zbiorowej improwizacji nie ma miejsca na solowe popisy i prowadzenie samochodu z tylnego siedzenia. Im lepiej się zestroisz z otaczającymi Cię kobietami, tym lepiej wyglądacie. Takie to proste, a zarazem jest to dla mnie jedno z największych wyzwań. Odłożyć swoje polerowane zawodowymi sukcesami ego na półeczkę i zanurkować we współdzieloną rzeczywistość.

W bólu i pocie czoła uczę się zdejmować koronę. Nie muszę być najlepsza, bo od moich osobistych umiejętności ważniejszy jest grupowy duch przyjemności czerpanej z tańczenia RAZEM.

No to do czego zmierzam?

Ano do tego, że wiem, jak ciężko jest czasami wyeliminować swoje głupkowate zachowania. Powiedzieć coś miłego, wesprzeć inną kobietę, zamiast wejść jej na głowę w dążeniu do celu, który – zakładamy się? – nie jest tego wart. Zawsze znajdzie się młodsza, ładniejsza, mądrzejsza, bardziej utalentowana. Stanowimy w końcu pół świata! To jest naprawdę żenada, jak potrafimy się wobec siebie paskudnie zachowywać. Czasami zdaje mi się, że gdyby na świecie były wyłącznie nie potrafiące grać zespołowo kobiety, nigdy w życiu nie wyszlibyśmy z jaskiń.

Dziewczyny! Jedna jaskółka wiosny nie czyni. Choćbyś była zajebista jak odziany w Alexandra McQueena brokatowy jednorożec, w pojedynkę będziesz co najwyżej budzić zaciekawienie. Trzeba armii takich jednorożców, żeby świat przyjął do wiadomości ich istnienie. No popatrz, to zupełnie jak z dziewczynami plus size. Jaka zgrabna analogia!

Kojarzysz Kopciuszka? Królewnę Śnieżkę? Czerwonego Kapturka? Nie bez powodu każda z nich popadała w tarapaty solo. Choć rozwijamy się zawsze na własny rachunek, o ileż łatwiej jest posłuchać mądrej wiedźmy i Wróżki Chrzestnej. Skorzystać z cudzych doświadczeń. Ze wsparcia grupy.

Na zakończenie tej mikro tyrady, chciałabym, żebyś pomyślała chwilę o ważnych kobietach w twoim życiu. Może to mama, babcia, a może zupełnie obca Ci wykładowczyni czy inna znajoma. O tych, które Cię zainspirowały na tyle, że poczułaś, że chciałabyś coś zmienić. Zrobić coś inaczej, lepiej. Pomyślałaś?

To teraz wyobraź sobie, co by było, gdyby patrzyły na Ciebie wilkiem.

Leave a Comment

Comments (4)

  1. Nie do końca zgadzam się z Twoją wypowiedzią. Za bardzo to uogulniłaś. Z jednej strony Masz rację, ale z drugiej nie do końca. Osobiście z tego co widzę, nie zaliczam się do tych zawistnych ani do tych dobrych. Tak, należę do dziewczyn, które wolą towarzystwo mężczyzn! Jestem typową chłopczycą, wolę usiąść przy piwie w męskim gronie i grać na konsoli. Ale! Mam koleżanki, lubię babskie spotkania i wyglądać seksi. Po prostu wolę tą pierwszą wersję. Ten post trochę zbyt feministycznie mi zajeżdża, żeby mi się podobał. Ale czytałam inne, Twojego autorstwa, dlatego nigdzie nie uciekam i będę tutaj wracać.
    W sumie bardzo ciekawi mnie Twoja opinia o takich jak ja, „pomiędzy”.
    No bo wychodzi na to, że nie zgadzam się z Twoją wizją kobietki, ale znowuż nie do końca. A więc, jak TO wygląda?
    Pozdrawiam cieplutko :))

    1. A wcale nie zmierzałam w tym kierunku, sama jestem trochę „pomiędzy” 😉 Kobiece towarzystwo to dla mnie nie tylko babskie spotkania z ploteczkami, ale różne aktywności wykonywane wspólnie. Mam na przykład takie koleżanki, z którymi prawie narobiłyśmy w gacie w pokoju strachu 😉 (ja uciekłam, jak mi przyszło moją klaustrofobię wpakowac do szybu wentylacyjnego)
      To nie tak, że mam coś przeciwko spędzaniu czasu z mężczyznami, bynajmniej! Nie lubię jednakowoż, kiedy dziewczny wypowiadają się o innych pogardliwie. I oczywiście jestem świadoma istnienia wyjątków – i wśród kobiet, i wśród męzczyzn!
      xoxo