pechowe auto

fatventure

Klątwa listopadowa czyli pech do potęgi n-tej

Macie czasami tak, że czujecie się jak w ukrytej kamerze? Że ktoś siedzi w reżyserce i chichra się jak wściekły, bo to, co Was spotyka, kwalifikuje się na scenariusz dla filmu niezależnego kina z pogranicza horroru i Przygód Jasia Fasoli?

Bo ja mam taki listopad. Nie żartuję, choć bardzo bym chciała.

Jak pech, to wyłącznie przez wielkie Pe

Zaczęło się z grubej rury – przyszło pisemko z firmy ubezpieczeniowej i okazało się, że w związku z podwyżkami oraz moją zeszłoroczną stłuczką, OC w tym roku będzie wyższe o bagatela 80%. Zaraz za nim poszła pęknięta plomba oraz informacja, że jeśli nie wstawię w żuchwę implantów, to moje jedynki zetrą się na amen i zapadną. Następnego dnia spłynęła przez Messengera (siedziałam u rodziców) informacja, że P. został okradziony z portfela i przy tej okazji, z całkiem niebagatelnej dla naszego budżetu, kwoty rzędu kilkuset złotych. Wczoraj przyszło mi jechać zbiorkomem po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy, i przypłaciłam tę przejażdżkę zniszczeniem mojej ulubionej zimowej kurtki. Jakiś cymbał przykleił do barierki gumę do żucia, którą wtarłam sobie w kieszeń. (Bodajbyś sraczki dostał!)

I, UWAGA, zasmażka:

Wracam sobie do domu, już swoim autem i stwierdzam nagle, że mam otwartą szybę. A nie pamiętam, żebym otwierała. Próbuję zamknąć – nic. Myślę sobie: zamarzło. Opuszczam trochę, próbuję zamknąć – nic. Szczelina jeszcze większa.

Zajeżdżam pod dom; zła, głodna i z pełnym pęcherzem, dzwonię do taty po poradę. Demontować tapicerkę, pogrzebać w drzwiach, wypchnąć szybę i czymś zablokować. Bułka z masłem, doprawdy. Połowę tapicerki odkręcam, robi się coraz zimniej, a oczy zachodzą mi moczem. Mocuję się, próbuję. Ani tapicerka, ani szyba nie chcą choćby drgnąć. Rzucam to w diabły i lecę galopem na górę się wysikać. Łapię sweter w locie, bo przecież mam na sobie służbowe ubranko – sukienkę i marynarkę. Biegiem na dół, bo w mojej okolicy zostawić tak okno w aucie, to jak zostawiać dla Mikołaja mleko i ciasteczka.

Szarpię się z tym i gimnastykuję. W międzyczasie wraca P., ogląda. Okazuje się, że tapicerka na moich drzwiach jest umocowana – a jakże – trzema różnymi typami śrub i o ile mam w bagażniku wszystkie możliwe końcówki do śrubokręta oraz imbusy, tak torxa już niet. Bo przecież to takie logiczne rozwiązanie konstrukcyjne, co nie? W tym czasie młoda sama się ogarnia na górze, my coraz bardziej bluźnimy na pechowy samochód. Ja już z gilem do pasa i bez czucia w stopach, P. w t-shircie, bo rękaw kurki uniemożliwia manewrowanie za ledwie odchyloną tapicerką. Szybę można opuścić, ale nie można podnieść.

I wtem CUD

W chwili, gdy byłam pewna, że wyrwiemy te cholerne drzwi razem z korzeniami prędzej, niż uda się zamknąć okno – JEST! Szyba się luzuje. Można ją podnieść, ale opada. Ok, potrzebny jakiś patyk. Ciemno jak sami-wiecie-gdzie, idę na zwiad na trawnik. Tak, cholera, sumiennie sprzątają, że kija nie uświadczysz. A minę i owszem – prawie robię szpagat na psiej kupie, bo przecież po co sprzątać po swoim zwierzęciu w miejscu, gdzie się je wyprowadza codziennie.

Nie ma kija. Idę pod altanę śmietnika. Leżą jakieś szpeja, to może się co nada. Jest. Kawałek plastikowej listwy. Nadludzkim wysiłkiem wciskamy tej szajs w drzwi przez szparę, ale okazuje się, że nie ma szans, żeby to ustawić tak, żeby podparło tę pieprzoną szybę. Nawrotka pod śmietnik. Jest jakiś kawał drewna gabarytu nogi od krzesła. To by się nadało, tyle tylko, że nie da się tego wcisnąć przez dziurę.

Zaczyna padać śnieg

Ale nie że jakieś tam pięć płatków na krzyż. Prawdziwa, regularna śnieżyca, a my jak ta święta rodzina wokół żłóbka, tańcujemy wokół cholernego okna. Dwa telefony do taty później, w jakimś przebłysku zupełnego geniuszu wpadam na to, jak przytkać ten szajs, co by się trzymał kupy.

Mamy to. Dobijamy do bazy. Zwycięstwo.

Na górze czeka na nas najśmieszniejsza kolacja świata – śledzie i kanapki z szynką z puszki. Smakuje jak nigdy.

Pech czy klątwa – Listopadzie, mam Ci do powiedzenia tylko jedno: spieprzaj dziadu!

[sgmb id=”1″]

Leave a Comment

Comments (6)

    1. Jeśli chodzi o zachęcanie do prawka, to nie jestem dobrym przykładem 😉 Ciągle mi się coś przytrafia, ale z drugiej strony jakoś mi cięzko sobie wyobrazić powrót do komunikacji miejskiej.
      Może to kwestia miasta, bo w Łodzi zbiorkom to kompletny bajzel, ale jakoś tak… mimo wszystko lubię jeździć.