Glanatla Lala w bikini zajada brzoskwinię

fattitude

A Tobie kto pozwala się rozbierać?

Dekadę temu wychodząc na miasto z dekoltem odsłaniającym wątpliwego wdzięku młodzieńczy dekolt czułam się jak Hester Prynne. Grzeszna i oczekująca konsekwencji. Z tej dekady nie mam może pięć zdjęć wszystkiego. Dzisiaj wrzucam do internetu zdjęcia swojego grubego tyłka w stringach, niewyretuszowany cellulit, oczywistą odę do otyłości (którą przecież promuję) i nie robi to na mnie wrażenia. Nie zastanawiam się co powie mama, ani czy nie zobaczy tego sąsiadka. Dzisiaj decyduję ja. A Ty? Kto Tobie pozwala się rozbierać?

 
 

Pół gołej dupy zza fejsa

 

Temat chodzi za mną od dawna. Zalany mniej lub bardziej roznegliżowanymi babkami (również plus size!) świat social mediów bulwersuje dzisiaj… mało kogo. Od czasu do czasu tylko gdzieniegdzie wybucha majowe – wysokie, a krótkie – ognisko świętego oburzenia, że internetowa przestrzeń publiczna to nie miejsce na gołe dupy oraz, że halo, WWF, proszę przyjechać na fejsbuk, bo w moim newsfeedzie leży wieloryb.

 

Są też warianty grzeczniejsze, łagodniejsze reakcje na cudze środki wyrazu – dyplomatyczne pytania o to, czy my – zwłaszcza grube babki – musimy udowadniać swoją ciałopozytywność pokazując się publicznie li i jedyne w desusach. Albo delikatne sugestie, że może jednak pewne rzeczy warto zachować w prywatności i pokazywać wyłącznie mężu. Nawet jeśli się tego mężu nie ma. I wiecie co? Jakkolwiek mam ochotę w takich sytuacjach krzyczeć, tupać i pokazywać środkowy palec, zwykle mimo wszystko decyduję się jednak na cywilizowaną dyskusję. Nie wiem zupełnie skąd we mnie to pedagogiczne zacięcie. Nie wiem. Może powinnam się jednak realizować gdzieś indziej i np. uczyć zwierzątka różnych śmiesznych rzeczy. Co wbrew pozorom można zrobić bezprzymusowo. Ale do brzegu – tłumaczę w takich okolicznościach skąd to się bierze. Sęk w tym, że media społecznościowe to taka dowcipna efemeryda, że co lepsze złote myśli znikają w zasadzie bezpowrotnie (oczywiście nie dla wielce szacownych ich właścicieli) w odmętach ludzkiej niepamięci.

 

Temat wypłynął mi ostatnio w zupełnie odmiennej postaci – w odwołaniu do publikowania słodziuchnych foteczek dzieciątek. Było o prywatności, było o pedofilii, ale najbardziej mi się podobało i najbardziej zapadło w pamięć o tym, że to my nadajemy tym zdjęciom pewien konkretny ciężar gatunkowy z nimbem grozy – wiadomo przecież, że nikt z nas nie chciałby sobie wyobrażać co ze zdjęciem naszego dziecka robi pedofil. Tylko czy my już naprawdę nie umiemy o ludzkim ciele myśleć inaczej, niż zero-jedynkowo w kategoriach seksualnych?

 

Czy każde nagie ciało to zaproszenie do seksu?

 

Galopująca przez świat na internetowym rumaku seksualizacja wszystkiego czasami mnie zastanawia. Dziecko, owca, ogórek – nikt nie jest wolne od seksualnego kontekstu. Wszystkiemu można nadać erotyczny charakter i z tego miejsca chciałabym wyjaśnić, że nie staję tu na pozycji purytańskiej matrony wołającej na alarm o tempora, o mores. Myślę sobie tylko, że czasami ciało to po prostu ciało. Nie każda nastolatka w opalaczu i z błyszczykiem na ustach to Lolita.

 

O tym jak zdjęcia produktów na modelkach wydatnie pomagają kupującym przekonałam się osobiście nie dalej niż wczoraj. Leżałam sobie na łóżku umęczona wygłupami nowego kota i oglądałam zdjęcia butów. Co za szatański pomysł wrzucić zdjęcie sandałka bez ludzkiej w nim stopy?! I choć na brak wyobraźni nie mogę narzekać to jednak… zakupu nie dokonałam. Zastanawiam się nad tym w kontekście katalogów z bielizną, których w ostatnim czasie oglądam sporo. W życiu nie przyszłoby mi do głowy, żeby pokazane w nich ciała modelek traktować w kontekście seksualnym. Można to oczywiście złożyć na karb mojej heteroseksualności. Ale można też obejrzeć to z innej perspektywy. Takiej, w której ludzkie ciało to ludzkie ciało, nie tylko obiekt pożądania.

 

Kiedy umieszczam w internecie swoje zdjęcia z sesji w bieliźnie, nie myślę o tym, że ktoś będzie – pardon my french – walił do nich konia.

 

No, przynajmniej ani trochę bardziej, niż myśli o tym rodzic publikujący zdjęcia swoich dzieci. Nie zastanawiam się nad tym, że ktoś będzie inwigilował każdy centymetr mojej sfotografowanej skóry w poszukiwaniu niedoskonałości i śladów po obróbce. W poszukiwaniu miejsca, w które mógłby wbić szpilę.

Nieidealna reprezentacja JEST WAŻNA. Ważna jest świadomość, że ciała nieidealne mają swoje miejsce w kosmosie. Że można żyć z pupą w cellulit i jeszcze się z tego życia cieszyć. Jesteście wystarczające. Nie jesteście same, Syreny Lądowe. . Imperfect representation is IMPORTANT. We have to be aware that there’s a place under the sun for all of our imperfections. You can have a dimpled butt and enjoy living. You are enough. You are not enough, my precious Land Mermaids. #plussize #plussizelingerie #polishlingerie #plussizefashion #fatshion #plussizepositive #bodypositive #plussizeandproud #plussizebeauty #plussizebombshell #plussizebarbie #plussizedaily #curvy #curvesarein #curves #curvesfordays #curvybabe #thick #thickgirlzrock #fat #fatbabe #bigandbold #bigandbeauriful #celebratemysize #selfpositive #beautybeyondsize #effyourbeautystandards #flauntyourcurves #curvygirlsvip

Post udostępniony przez Galanta Lala (@galantalala)

 

O czym zatem myślę, gdy pokazuję w internecie swój gruby tyłek?

 

Kiedy publikuję kolejne zdjęcie w bieliźnie myślę o:

  1. Wszystkich tych zdjęciach, które mogłabym mieć, ale nie mam, bo uważałam, że nie powinnam się fotografować
  2. Wszystkich tych kobietach, które jak ja, takich zdjęć nie mają
  3. Ciałach nieobecnych w kolorowej prasie i telewizji – grubych, kolorowych, niepełnosprawnych, chorujących, starych, owłosionych, spękanych rozstępami
  4. O koleżankach mojej Zuzi, które nie mają jeszcze dziesięciu lat, a już zaczynają się odchudzać. [true story]
  5. O wszystkich kobietach, które patrząc w lustro płaczą, rozczarowane, że lustereczko mówi przecie, że odstają od “normy” obowiązującej w mediów świecie
  6. O tych kobietach, które czują wolność we własnej skórze, ale nie potrafią się nią podzielić z innymi
  7. Tych, którym brakuje świadomości, że kobiece ciało ma równe formy, nie tylko te idealnie upchnięte w kształt klepsydry

 

Body positive czyli co sprzedajemy dupą

 

Ponad wszelką wątpliwość ciałopozytywność DA się robić bez pokazywania tyłka. Nie trzeba się rozbierać, żeby być body positive. To akceptacja każdego ciała, również tego ubranego po szyję. Piszę o tym, bo to dla mnie ważne. Fajnie jest być pierwszą jaskółką, ale jeszcze fajniej być w całym kluczu takich jaskółek, które realnie odkształcają zastaną rzeczywistość.

 


Ja wybrałam drogę bycia przykładem. Zdjęcia w majtkach to mój prywatny manifest. Trochę też tryumf nad latami bezpodstawnego wstydu. Mam oczywiście chwile zwątpienia, kiedy zastanawia się czy wystawianie się na widok publiczny jest najlepszą decyzją. CHCĘ być dowodem na to, że się nie trzeba wstydzić, że będąc grubą można mieć kolorowe życie; nosić co się chce, robić co się chce. Że nie trzeba siedzieć w domu i używać swojej tuszy jako pasa życiowej cnoty, izolującego od wszystkich przyjemności świata.

 

Sednem tego ustępu jest jednak – i chciałabym, żeby to wybrzmiało – doWOLNOŚĆ. Jakkolwiek robienie sobie zdjęć i oglądanie ich do znudzenia niesamowicie pomaga uporządkować relację z sobą, to publikowanie tychże w internecie nie jest Twoim obowiązkiem, Syreno Lądowa. Więc kiedy pytasz mnie czy powinnaś to robić i czy to na pewno pomoże, to ja nie umiem Ci dać jednoznacznej odpowiedzi.

Bo może z jednej strony pozwoli Ci się to uwolnić z najgorszego koszmaru (wchodzę nago na apel w liceum), ale z drugiej – być może spotkasz się z zupełnie nową jakością mentalnych odchodów ludzi z internetu. Wolałabym, żeby nie.

 

Negliż plus size w słusznej sprawie

 

Mam nadzieję, że mimo całego tego szajsu, którego można się nałykać przy okazji publicznego pokazywania się w desusach, nie braknie kobiet, które robią to w słusznej sprawie. Jesteśmy coraz bliżej celu, cialopozytywność czuję w powietrzu, kiedy biorę udział w takich wydarzeniach jak niedawny Salon Bielizny w Łodzi. Z drugiej strony… tak dużo mamy jeszcze do zrobienia.

 

Modelki, blogerki i cała reszto kobiet, która masz odwagę publicznie obnażyć brzuch i powiedzieć tak wyglądam i co mi zrobisz?! ; Ty, Syreno droga, niezależnie od tego czy się rozbierasz publicznie czy nie; kobiety! My i tylko my możemy zmienić to, jak patrzy się na nasze ciała. Jak my same patrzymy. A ćwierć-, a pół-, a wreszcie cała nagość? To tylko narzędzie.

Ty decydujesz o tym, jak będziesz go używać.

Leave a Comment

Comments (7)

  1. a ja dodam od siebie, że od wielu wielu lat uważałam grube za wyjątkowo nieatrakcyjne (także siebie utytą) a tu powolutku, po cichutku pod wpływem tego bloga i kilku innych nagle się okazało, że zmieniło się moje postrzeganie
    i o ile nadal mam momenty frustracji i braku akceptacji o tyle przestałam na kobiety grube patrzeć: gruba, ale ładna a zaczęłam: gruba i ładna
    a teraz pracuję nad tym, żeby w ogóle pozbyć się kategorii ładna/nieładna
    chcę widzieć całego cżłowieka a nie tylko człowieka wygląd!

  2. Galanta Lalu – prześliczne są te Twoje zdjęcia! Wdzięczne, apetyczne, również seksowne, ale nie to w nich widzę najpierw, tylko fantastyczną kobietę.
    Wykonujesz przeogromną robotę dla mnóstwa dziewczyn i kobiet, które nie dają sobie prawa do bycia takimi, jakimi są. (Co nie znaczy, że nie mogą się zmieniać! Tylko niech zmiana wypływa z ciekawości i sympatii do siebie, a nie z niechęci i obrzydzenia.)
    Dzięki za ten wpis!!!

  3. Odkąd trafiłam na twój blog, powoli zmieniam moje podejście do mojego ciała. I cieszę się z tego. W końcu nie widzę tylko wieloryba w lustrze, ale przede wszystkim kobietę. Pozdrawiam serdecznie Sylwia

  4. Ogromnie mi się podobają Twoje zdjęcia! I to, co piszesz, oczywiście też, szczególnie o akceptacji ciała zakrytego, bo to u mnie ostatnio temat „na topie”.
    Jestem raczej szczupła. Uprawiam sport. Niedawno próbowałam sobie do sportu kupić krótkie spodenki. Ze względu na to, że moje zadanie na boisku wymaga „wypinania się”, zależało mi na tym, by zakrywały pośladki i nie były szczególnie obcisłe… i musiałam iść na dział męski dziecięcy ;/.
    Wkurzona dzieliłam się z ludźmi tą historią i w co najmniej kilku odpowiedziach ukryty był podtekst, że skoro zależy ci, żeby nie świecić tyłkiem podczas meczu, masz na punkcie tego tyłka jakiś kompleks. Akurat specjalnego nie mam. Ale jeśli chcę komuś pokazać pośladki, to wkładam seksowną bieliznę, a jak mam ochotę polatać za piłką, to po prostu wolę je zakryć.
    Absolutnie nie mam nic przeciwko zdjęciom w bieliźnie, uważam, że są super i sama bym takie chciała, ale cieszę się, że piszesz też, że to, że się nie odsłaniamy, nie musi koniecznie oznaczać, że źle się czujemy w swojej skórze :).

    1. Wszyscy musimy jeszcze dużo pracy włożyć w niedorabianie filozofii do cudzych zachowań 😉
      Mam szczerą nadzieję, że nam to zbiorowo przejdzie!

  5. Hej Lalu. Od jakiegoś, ba… jakiegoś :-):-):-) dłużzego czasu, czytam Twojego bloga i obserwuję Twoje działania, na rzecz “body positive”. O jakiś czas, widzę, że wybuchasz i coraz bardziej dopinasz swego. Co do zdjęć w bieliźnie… Jak napisałaś, są ludzie, którzy mają różne (zboczenia), i to czy ktoś sic! (będzie sobie coś tam robił na punkcie katalogu z bielizną), czy na widok stóp lub innych rzeczy, to Ty tego nie zmienisz i nikt wpływu na to nie ma. Co do firm sprzedających bieliznę… nie oszukujmy się, ale żeby dobrze sprzedać produkt, potrzebna jest reklama. Lalu to Wy modelki, blogerki, zwyczajne kobiety, które na codzień, pracują, sprzątają itp. jesteście poniekąd takim “ładnym opakowaniem” do produktu. Do tego widać że (przepeaszam), nie zawsze każdej kobiecie, pasuje dany biustonosz czy inna bielizna. Stąd właśnie fajnie, że można zobaczyć krój, wycięcia itp. na modelkach.