sukienka boho plus size

fatshion

Boho dla każdego. Dla grubaski też!

Kiedy patrzę na swoje zdjęcia sprzed kilku lat, łypie na mnie wymalowana, ubrana w obcisłe i wydekoltowane sukienki pin up girl. Może to dlatego, że pozwalałam robić sobie zdjęcia wyłącznie wtedy, gdy zapięta na ostatni guzik stałam już w przedpokoju gotowa do wyjścia; czy może to bardziej złożona kwestia?

Chociaż zadbana – obsesje mody plus size

Nie podlega wątpliwości fakt: uważałam wtedy, że muszę „dobrze wyglądać” oraz że „dobrze wyglądam” tylko wtedy, kiedy wtłoczę się w gumowe majtki od szyi po kolana, a następnie przykleja sztuczne rzęsy. Cokolwiek poniżej pełnego rynsztunku nie „wyglądało dobrze”. Serio, święcie w to wierzyłam.
Nie zrozummy się źle – uwielbiam się od czasu do czasu wyszykować, zrobić na bóstwo. Tyle, że teraz to raczej politeizm, bóstwo wiele ma twarzy. Jeśli wiecie, co chcę powiedzieć. Hiperkobiecość, o której napisałam już wiele okrągłych słów, była dla mnie sposobem na pogodzenie świata z tym, że jestem gruba. Wiecie – może i gruba, ale chociaż zadbana. To był taki paszport do świata ludzi, cokolwiek to dla mnie wtedy znaczyło.

Nie tak znów dawno oburzałam się, że się ode mnie wymaga hiperkobiecości i odrzucałam ją jako narzędzie. Z perspektywy czasu myślę sobie, że to znakomity środek do zbudowania sobie lepszego zdania o własnym ciele. O ile – oczywiście – w tym celu z niej korzystamy.

Czasy usprawiedliwiania się w ten sposób dawno za mną i bardzo mi z tym dobrze. Cenię przeszłość, bo dzięki temu nauczyłam się stawać w rozgrywkach społecznych jako godny partner, ale cieszę się, że jest już za mną.
Obserwuję swoją szafę i widzę, jak od otulających ciało tub z dzianiny grawituję w kierunku większej swobody, obszerności i zamaszystości. Czy to nie wspaniałe, jak wiele nasze modowe wybory mówią o naszej osobowości? Za to kocham modę! Za to kocham XXI wiek, mamy coraz więcej i więcej możliwości w obrębie mody plus size. Skorzystajmy z tego, Syreny!

Moda to sztuka, a ubrania…

Och, jakże trudne my, grubaski, mamy z nimi relację. Z jednej strony gdzie nie wpadnę, to czytam, że chcemy mieć lepszy wybór, chcemy więcej kolorów, lepszych krojów, wyższej jakości. Z drugiej strony – gdzie nie zajrzę to czytam, że ja bym się na to nie odważyła. Że to pogrubia. Że to nie dla mnie. Widzę jak ze spuszczonymi głowami wracamy do worków.

A przecież ubranie, poza tym, że ma nas chronić przed czynnikami zewnętrznymi, to także możliwość wyrażenia siebie. Okazja do buntu, zawalczenia o swoje. Na strachy przed tymi groźnymi fasonami jest jeden lek – mierzyć! Wszystko mierzyć! Sprawdzać nowe fasony! To nic nie kosztuje poza czasem i może odrobiną godności osobistej, jeśli okaże się, że te piękne pasiaste kuloty robią nam spektakularne kopyto wielbłąda. Dajcie ubraniom szansę!

Pełnia lata w kolorze indygo

Sukienka, którą widzicie na zdjęciach to Eos, produkcji YumYum. Sukienka, która na metce ma rozmiar o dwa numery wyższy, niż to, co zwykle noszę. Warto! ta objętość, ta boska gra tkaniny na wietrze wygląda spektakularnie.
Ta sukienka to takich trochę święty graal, wiecie – sukienka plus size Z TKANINY! Z fasonem! Polska moda plus size zbyt rzadko odląda takie cuda. Cieszy mnie podwójnie, bo tego koloru nie było w planie i powołała go do życia moja fanaberia. To jest sukienka – obłoczek, nosi się, jakby jej wcale nie było i bynajmniej nie mam na myśli tego, że jest przezroczysta. Idealna na lato w mieście. Jak zawsze znakomicie odszyta, mało mam w szafie ubrań takiej jakości.

Jeśli czujecie, że to właśnie TA, to mam dla Was specjalny kod rabatowy, który do 26. sierpnia da Wam 10% zniżki na to cudo w kolorze indygo:

SYRENYxINDYGO

Kwiatowy szal to był zakup – impuls. Mam ją od czasów, kiedy KappAhl miał jeszcze sklepy stacjonarne w Łodzi. Pamiętam jak dziś tę chwile, kiedy stałam z nią w ręku i zastanawiałam się, czy warto na nią wydać bez mała stówkę. Jakże było warto! Czasami warto ulec modowej pokusie. Gdy zarzucam ją na ramiona, czuję się trochę jak z reklamy Dolce i Gabbany.

Torebka to autentycznie bezcenny element tej modowej układanki. Kiedy w tym toku gruchnęła moda na koszyki, chciałam sobie kupić jeden. Koniecznie teraz i zaraz. Na szczęście przypomniało mi się, że przecież ja już mam koszyk – leży sobie od roku u mojej siostry i czeka na haft.
Tak powstało cudeńko, bezcenne rękodzieło na bazie kupionego w second handzie za 10 złotych śmieciowego opakowania na chińską porcelanę. Serio.

Biżuteria pochodzi z mojego zbioru blaszek, którymi ozdabiam się na tameczne występy. Pierścionek – pomyłka (no same przyznajcie, kto wie ile to jest 6cm średnicy? Ale tak z pamięci, bez linijki) i wygrany w zażartej aukcji na ebayu naszyjnik z Indii. Nawet jeśli są bezwstydnie współczesne, to teraz każdy z nich ma już swoją historię. Lubię ludzi i przedmioty z historiami.

Buty to moje ulubione w tym roku obuwie letnie, pasujące mi do absolutnie wszystkiego. Sandałki marki Timberland znalazłam na Footway.com – warto tam zajrzeć, bo w tym sklepie trwa wieczna wyprzedaż.

DETALE
sukienka – Eos in indigo, Yum Yum
szal – antyczny, Kapp Ahl
torebka – siostra Chowaniec & second hand
biżuteria – ebay
sandałki – Timberland, Footway.com

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Comments (15)

  1. Wyglądasz świetnie – tak komfortowo i poetycznie zarazem!
    W stylu boho najbardziej lubię to, że jest tak pojemny. Ma tysiąc odsłon i klimatów. Każda może go interpretować po swojemu. Im starsza i grubsza jestem, tym mniej mi się chce wciskać w jakiekolwiek obcisłości. Obcasy już od dawna nie wchodzą w grę. Zamaszyste kiecki, drapowania i zwiewne kroje są po prostu bardzo, bardzo wygodne. Ostatnimi czasy złapałam też bakcyla koronek; doszywałabym je wszędzie. Podobają mi się ubrania w stylu mori girl, o których dekadę temu rzekłabym pogardliwie: no co za dzidzia piernik, kto na to poleci? Pomału przestaje mnie obchodzić, KTO NA TO POLECI. Co jest piękne.

    1. Dzięki, Nina! Przy okazji nauczyłam się czegoś niego i zgooglowałam mori girl ❤️
      Im większy czuję przymus tub z dzianiny, tym bardziej mi się chce falban. Niewykluczone też, że to skutek ATSu 😉 w ostatnim czasie nabyłam wściekle szerokie spodnie – cudowne, pojawią się tu na pewno!
      Wygoda, wygoda i jeszcze raz wygoda!

    2. dzięki Ci za ten fragment o mori girl, z ciekawości sprawdziłam w google i… padłam oczarowana! Od zawsze lubiłam styl „dzidzia-piernik”, chociaż najczęściej noszę dżinsy i swetry – kwestia wygodym, ale napawam się i karmię oczyska oglądając ładne zdjęcia i mori kei teraz to mój faworyt. Tak, że ten… dzięki jeszcze raz 😀

  2. Urszulu,
    świetny tekst i super sesja. bardzo gratuluję.
    Rozochocona i żądna dalszych wrażeń, zapytam:
    Czy planujesz kiedyś wykonać tekst o ukulele?

  3. bardzo fajna sukienka, nie wiem czy mój telefon dobrze oddaje kolor, bo wydaje mi się dość standardowym kobaltem (mam 3 sukienki i kilka bluzek). chętnie nosiłabym rzeczy nieelastyczne, ale zazwyczaj słabo na mnie leżą – chwilami są workowato za duże, a chwilami cisną

  4. O to to, mierzyć, mierzyć! Zawsze to powtarzam. Mierzyć i się nie bać, nawet jeśli już się podobną rzecz mierzyło i nam się efekt nie spodobał. Czasem to tylko i wyłącznie kwestia oswojenia się ze swoim wyglądem w czymś, czego się dotąd nie nosiło. Nie lubię określenia „wyjść ze strefy komfortu”, bo uważam, że komfort jest nam w życiu bardzo potrzebny, ale w odniesieniu do mody zdecydowanie polecam regularnie wystawiać nosa poza nią 😉

    Co do hiperkobiecości, mejnstrimowej atrakcyjności kobiecej spod znaku obcisłej kiecki i szpilek – tak, to może dawać powera, ale dla mnie na dłuższą metę jest niewolą. Choć nie wykluczam, że ktosia może trwale preferować wyrażanie się właśnie w ten sposób. Jednak obciskającym gaciom i tubom mówię nie. Wolność ponad wszystko.

    Podobają mi się wszystkie elementy twojej stylówki, od kiecki i chustę po duże, wyraziste biżuty (uwielbiam wielkie naszyjniki i pierścienie) i koszyk (czy ja już mówiłam, że chcę coś od twojej regularnej dostarczycielki haftów?). Każdy z tych detali jest ciekawy i wymusza zatrzymanie na nim wzroku. To jest to, co kasice lubią najbardziej!

  5. Już od jakiegoś czasu zastanawiam się nad jakimś zakupem u YumYum, więc może skuszę się na tę kieckę, kolor ma super 🙂
    Całość stylizacji też mi się podoba, wszystko fajnie współgra.

    I też jestem za mierzeniem przeróżnych ciuchów, ale z drugiej strony nic na siłę, bo możemy w jakimś ciuchu wyglądać obiektywnie dobrze, ale nie pasuje do naszego stylu modowego czy stylu życia 🙂 Mam jeszcze kilka takich zakupów, które teoretycznie pasują, a w praktyce to jednak nie mój styl, więc wiszą w szafie.

    I wygoda to też moje motto 🙂

    1. Sęk w tym, że ciężko mówić o stylu, jeśli nosimy np. jeden fason sukienki. Oczywiście, całym sercem jestem za tym, żeby kupować w sposób przemyślany, żeby ów zakup nosić, a nie trzymać w szafie 😉 zażywam własne lekarstwo i próbuję nowych rzeczy – inaczej w życiu bym nie wpadła na maxi, bo długo uważałam, że to przecież nie dla mnie. W tym roku mam w letniej szafie trzy, wszystkie bardzo kolorowe ❤️

  6. Uwielbiam styl boho ☺ Pin up – choć jest super – kojarzy mi się z pewną sztywnością, z tym, że zawsze trzeba być „zrobionym” i na obcasach
    Boho to dla mnie lekkość, swoboda i dużo artystycznych i folkowych nawiazań. Wzorem takiego stylu jest to, co nosi Florence Welch z Florence and The Machine ☺
    Mori girl i pokrewny styl, dolly kei, to chyba najfajniejsze subkuktury, jakie wymyślono w Japonii http://japonia-online.pl/article/35
    P.S. Przecudna chusta ☺

  7. Zjawiskowa ta sukienka. Uwielbiam kiecki maxi -każda babka wygląda w nich zjawiskowo, lekko, jakby za chwilkę wiatr miał porwać ją razem z tą łopoczącą malowniczo suknią w powietrze. Moja miłość do sukienek w stylu boho, hippie, maxi zaczęła się z powodu kompleksów. Brzydkie kształty najłatwiej ukryć pod rozłożystą, luźną szatą. Z kompleksów powoli, boleśnie i z oporami wyrastam, ale miłość do tych sukienek z roku na rok coraz silniejsza. Moją największą miłością jest jedna dość pstrokata kiecka kupiona za 5 ojro od Hindusów na włoskim targu. Może kiczna, ale do dzisiaj lubię schować swoje prawdziwe depresyjne „ja” pod jej kolorową osłoną.
    https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-9/1236319_561056613931860_1417455722_n.jpg?_nc_cat=0&oh=bd96717c56932361dd806302d6265d77&oe=5BFBB565
    Tak, tak – nie jestem syreną, bliżej mi gabarytami do smutnego wodorosta, ale uwielbiam blog Uli i interesują mnie tematy, które dziewczyna porusza, także proszę, wybaczcie. 🙂

  8. Kochana też padałam tej obsesji „skoro jestem gruba to chociaż będę zadbana”. Potrafiłam prostować włosy tylko po to żeby móc wyjść na 10 minut do sklepu po przysłowiowe bulki. Gdy koleżanki szły na spacer do parku w trampkach i spodniach od dresu jak wciskałam się w jeansy i obcisłą bluzeczkę. No bo przecież nie mogłam założyć dresów i luźnej koszulki bo to noszą grubaski. Wierzyłam, że jak założę coś co noszą szczupłe osoby to ja też będę wyglądać szczupło- czujesz ta chorą logikę? Więc prze wiele lat nie zobaczyłaś w mojej szafie luźnej koszulki, bawełnianych spodni czy leginsów. Bałam się, że jak założę dresy to ktoś uzna, że je założyłam bo już mój tyłek nie wszedł w nic innego. Na szczęście ogarnęłam to. W dużej mierze dzięki partnerowi, który pukał się w głowę gdy szliśmy na długi spacer a ja wkładałam buty na obcasie i kazał się przebierać w dres i adidasy. To mój głos rozsądku. Teraz mam w szafie rzeczy, które są ładne ale przede wszystkim wygodne. Takie w których z chęcią chodzę cały dzień. Nadal lubię szpilki, jeansy i sukienki ale po bułki do osiedlowego sklepiku wychodzę w dresach a nie w pełnym makijażu i sukience 😀