FreshMail.pl
blog plus size

fattitude

Już nie chcę być tą Idealną Grubaską

Dyplomacja z grubolandii

Gdziekolwiek pojawiam się i zaczynam opowiadać o Galantej Lali, tam pojawiają się czułe sępy. Okazuje się nagle, że pół świata troszczy się o moje zdrowie (dziękuję, mam się świetnie) i uważa pracę nad zmianą wizerunku grubasa w zbiorowej świadomości za realne zagrożenie dla zdrowia społecznego. Uczestniczyłam ostatnio w takiej fejsbukowej wymianie uprzejmości i dla potomności wrzucę Wam moją ripostę. Bardzo dobrze oddaje mój stan emocjonalny, gdy czytam takie troskliwe przytyki:

Paulino, znamiennym jest, że nikt nie pyta o zdrowie pozostałych blogerów – tych, którzy swoją wagą nie odstają od średniej. Wiem, że czytające mnie dziewczyny to mądre bestie i wiedzą, kiedy trzeba iść do lekarza dokładnie tak samo, jak ich szczupłe koleżanki.

Zapewniam, że ze swoją kilkudziesięciokilogramową nadwagą nie umieram ani mniej, ani bardziej niż Ty. A to z tego prostego powodu, że gruby nie znaczy chory, a szczupły nie znaczy zdrowy. Znam mnóstwo ludzi rozstrzelonych po całym spektrum od chudości do grubości, i od zdrowia do choroby.

Powoływanie się na zdrowie jako argument koronny w dyskusji o akceptacji ciała jest stary jak Mojżesz. To nie jest fatszejming, to podszyta nie-wiem-czym fałszywa troska. Gruba dziewczyna nie potrzebuje, żeby jej powtarzać, że zaraz umrze, bo sobie rujnuje zdrowie – i tak dostatecznie trudną walkę musimy stoczyć z tym co mamy w głowie, zanim pierwszy raz wyjdziemy z domu na siłownię pomiędzy fitlaski.

Sednem bloga nie jest mówienie Syrenom Lądowym, że mogą być grube tylko do 30 kilo nadwagi, bo powyżej to już nie ma ratunku. Jest nim mówienie im, że to 50 kilo tłuszczu nie powinno być kowadłem, które trzyma je w domu i nie pozwala dążyć do spełnienia marzeń. Marzeń, które definiują sobie same.

(to nie jest tak, że kocham się we włąsnych słowach tak mocno, że zaczęłam cytować samą siebie – grupa jest zamknięta i te złote mądrości znikną za pół godziny w odmętach social media, a szkoda.)

W zasadzie mogłabym wrzucić tutaj ten komentarz i tak go zostawić, ale dzisiaj, z perspektywy czasu chciałabym dopisać do niego jeszcze kilka zdań. Wierzę, że czujecie to samo, kiedy stajecie w takiej sytuacji.

Ambasadorem Grubolandii, jak to pięknie nazwała Christine Schoenwald, zostałam mniej więcej w okolicach 6 roku życia. Jako osoba wyróżniająca się wyglądem spośród grona rówieśników od prawie zawsze, wiem doskonale, co to znaczy zabiegać o akceptację. W domu, w szkole, na podwórku, studiach, grupach towarzyskich – wszędzie. Grube dziecko bardzo szybko uczy się, że istnieje jeden słuszny i poprawny wzorzec grubasa w społeczeństwie – Grubiutki Wesołek. Humpty Dumpty. Śmiejący budda. Flap. Prykający pachą rozkoszny klaun. Dumbo. Pumba. Etc. Rozumiecie.

Jako osoba o wysokofunkcjonujących neuronach lustrzanych (borze broń, nie używam tego w charakterze oficjalnego terminu psychologicznego, nie wiem nawet czy on w tej formie funkcjonuje) szybciutko załapałam zasady i grałam wedle nich przez całe lata. To te same zasady, wedle których musiałyście grać Wy:

KODEKS SPOŁECZNIE AKCEPTOWALNEGO GRUBASA

Jako przedstawiciel Grubolandii zobligowany jesteś o każdej porze dnia i nocy do:

Tłumaczenia się wszystkim ze swojego stanu zdrowia

O każdej porze dnia i nocy na wezwanie każdego oficera porządkowego stojącego na straży Zdrowia Publicznego musisz okazać książeczkę zdrowia i wytłumaczyć się z każdego odchyłu od normy. Choćby wymyślonej. Najlepiej, jakbyś mogła na miejscu udokumentować, że twoja mama i babcie też były grube, albo chociaż miały tendencje – “to genetyczne” bywa okolicznością łagodzącą. Nie możesz pozwolić sobie na chwile słabości, nawet katar jest podejrzany, bo bardzo możliwe, że wziął się stąd, iż jesz w domu z miski jak kot i zaciągasz przy tym tłuste sosy nosem. Szczupli ludzie przecież nie mają takich problemów.

Ćwiczyć, żeby udowodnić, że grubi też mogą

Publiczne akceptowanie grubego tyłka jest niedopuszczalne, ale istnieje jedno odstępstwo od tej normy: jeśli nienawidzisz swojego grubasostwa i postanawiasz zwalczyć je za pomocą wymyślnych fitnesowych tortur, masz pozwolenie na pokazywanie fałd obleczonych w zgrzebne fitciuszki na siłowni. Warunkiem jest nienawiść do nadmiaru kilogramów i determinacja, by zmienić stan rzeczy. Nie możesz ćwiczyć dlatego, że lubisz się ruszać, fascynuje Cię to, że twoje ciało może coraz więcej i czerpiesz przyjemność ze stawania się coraz silniejszą. Musisz ćwiczyć dlatego, że nienawidzisz tłuszczu. I najlepiej rób tylko kardio.

Jeść tylko sałatki i to bez dokładek

Przyznanie się do tego, że lubisz jeść to towarzyskie harakiri. Po pierwsze – wszyscy wiedzą, że lubisz jeść, bo przecież nie upasłaś się tak od wąchania czekolady; po drugie – jako grubasowi publicznie przystoi Ci jeść wyłącznie sałatę i jarmuż. Doceniać walory smakowe innych dań to sobie możesz skrycie, w domowym zaciszu i zakąszając kostką smalcu. Opinia publiczna wie, że twoim naturalnym habitatem są food courty w centrach handlowych i jej prawda jest prawdziejsza niż twoja. Pamiętaj, żeby nigdy nie wybierać się w okoliczności sprzyjające jedzeniu z pustym brzuchem – łyżeczka sałatki (bez dressingu of kors) to maksymalny dopuszczalny limit. Dokładka? Jaka dokładka. Oficerowie porządkowi Zdrowia Publicznego bacznie Cię obserwują i zanim zdążysz zawrócić do bemara, wylegitymują Cię z książeczki zdrowia.

Być zawsze w dobrym nastroju dla społecznej akceptacji

Każdy grubas ma obowiązek bycia pociesznym. Dla spokoju ducha opinii publicznej nie możesz sobie pozwolić na słabsze dni, bo wtedy nie dosyć, że gruby, będziesz też niesympatyczny. A grubas nie może być niesympatyczny. Musisz miec dobre słowo dla każdego, sypać dowcipami i anegdotkami z rękawa oraz…

Wygłaszać uwagi pokazujące mój dystans do tuszy

Udowadniać, że opinia publiczna wie, że jesteś gruby. I że broń boczku, nie jest to tabu. Musisz być cool i na czilałcie roztrząsać z obcymi losowo wybrane zagadnienia twojego grubasostwa. Nie możesz flirtować z tych facetem, ale możesz być jego najlepszą przyjaciółką, z którą można się drapać po jajkach. I to nie, że nawzajem. I żartować, że, ho ho, no Ty to koła ratunkowego nie potrzebujesz, albo, że, ho ho, przezorny zawsze ubezpieczony, więc, ho ho, nosisz ze sobą zawsze koło zapasowe.

BREJKAM RULE

Brzmi znajomo, co nie?

Mam tego powyżej dziurek w nosie. Udawania, że śmieszą mnie gówniane żarciki obcych ludzi i że taka ze mnie równiacha. No grubas do rany przyłóż. Otóż nie. Jestem zwyczajnie zmęczona odgrywaniem idiotycznej roli dla czyjegoś dobrego samopoczucia.

Kiedy jesteś dyplomatą Grubolandii, musisz ją reprezentować w każdy możliwy sposób, o każdej możliwej porze. – Christine Schoenwald

Czasami, kiedy uczestniczę w rozmowach jak ta, z której cytat wrzuciłam na samym początku, mam wrażenie, że nie ma nadziei. Że biegnę w miejscu przez gęsty kisiel, i cały mój wysiłek na nic, bo niby spalam kalorie biegnąc, ale cały czas łykam ten kisiel, więc bilans się wyrównuje. Nic się nie zmienia. A potem dostaję od Was, moje najdroższe Syreny Lądowe, maila albo długą wiadomość na facebooku i to mi przypomina, że warto się jednak boksować z ciemną masą. Dla Was warto odpowiadać ludziom na ich zaczepki i tłumaczyć, tłumaczyć, tłumaczyć, aż wreszcie cokolwiek dotrze do ich pozamykanych głów.

Pamiętajcie, że Wy też nie musicie nosić maski Pociesznego Grubaska. Że możecie jeść dokładki, miewać muchy w nosie i nie chcieć się odchudzać na siłę. Że możecie sobie być kimkolwiek chcecie i chociaż nadal będziemy legitymowane z książeczek zdrowia, to wierzę, że z czasem coraz mniej.

Sedno: Grubi ludzie są dokładnie tacy sami, jak chudzi ludzie. Kropka.

Leave a Comment

Comments (14)

  1. Ja bym jeszcze dodała, że musisz być sympatyczna, bo jak jesteś wredna, to oczywiście dlatego, że jesteś gruba i zazdrościsz, że inni są szczupli 😛 Świetny tekst Ula.

  2. Rany koguta, nie miałam pojęcia, ile rzeczy Muszę…jak dobrze czasem być egocentrykiem i mieć solennie wywalone na jakieś cudze oczekiwania.

    Ilekroć słyszę lub czytam argument ad czyjuś zdrowium, najczęściej okraszony uwagą “znam się na tym, bo jestem dietetykiem/pracowałem w szpitalu) – kałasz mi się w kieszeni otwiera. Całkiem mili ludzie wygłaszają tego typu pierdoły, nie zdając sobie nawet sprawy, jak głupio brzmią.

    1. W tym aspekcie egocentryzm jest cudowną cechą. Z resztą, jestem jego fanką (o ile nie robi z kogoś buca), trochę więcej powinnyśmy myśleć o tym, żeby nam było dobrze, a dużo mniej o tym jak przeskakiwać płonące obręcze ku uciesze gawiedzi

  3. Ulu, akurat dzięki tej dyskusji na fejsie w zamkniętej grupie zyskałaś czytelniczkę. Przeczytałam wczoraj większość twojego bloga i parę razy tak parsknęłam, że zwierzęta się pobudziły. A jak przeczytałam Twój komentarz o Polsce jako 51. redneckim stanie USA, to już poczułam mistyczną więź duchową nie mniejszą, niż z powodu Bey. 😉

    Tamten komentarz to agresja pod płaszczykiem lekkiej uszczypliwości, jak wszystkie tego kalibru. Takie cichociemne dowalenie, ale żeby się wszyscy zorientowali. W moich oczach wypada niezwykle głupio.

    1. Czyli jednak wyniknęło z niej coś dobrego! Czsasami mam wrażenie, że takie tłumaczenie to droga do nikąd, a tu proszę 😀 szalenie mnie to cieszy. To, oraz fakt, że masz takie fajne poczucie humoru 😉

  4. W końcu uczciwe postawienie sprawy, na takie rzeczy czekały Internety! Z perspektywy bycia ludzikiem Michelina dodam jeszcze, że a) mimo TAKIEGO wyglądu ośmielam się chodzić na aerobiki i siłownie, ba! nawet biegać, co prowadzi do punktu b) spojrzenia fitlasek, pełne Schadenfreude, rzednące po pierwszych 15 min ćwiczeń, gdy ja się dopiero rozgrzewam, a one już padły i raczej nie powstaną. “Ale jakim cudem dajesz radę, bo wiesz, przy twojej hmm… tuszy/gabarytach/nadwadze”(bo słowo “otyłość” przez szczupłe gardło nie przejdzie).
    Świetny blog, świetna Ty!

    1. Och, jak ja dobrze znam takie spojrzenia! Teraz na szczęscie mam grupę, w której każdy zasuwa tak intensywnie, że nie ma czasu się rozejrzeć 😉 Super, że zagarniasz publiczną przestrzeń pod swoje fałdy, na miły buk, trzeba to normalizować, bo od tych kolorowych magazynów i internetu ludzie kompletnie stracili rozeznanie.
      I dziękuję <3 bardzo mi miło!

  5. Ula, kocham Cię <3 Plus-sizeowa blogosfera bez Ciebie nie miałaby sensu, niby piszesz od niedawna, a mam wrażenie że od zawsze. Nikt tak mi nie poprawi humoru i samooceny 🙂

  6. Śmiałam się i płakałam na raz czytając tego posta. So true!! Poczułam też jakąś długo wyczekiwaną ulgę i radość. Choć wciąż ciąży mi jeszcze na ramieniu potężne łapsko zbudowanej na stereotypach, ciasnej opinii odnośnie przekonań o grubasach…. jednak jakoś trybik został puszczony w obroty. Za to z całego serca dziękuję.
    Obserwuje 🙂

  7. Dziękuję za to, że pojawiłaś się na mojej drodze w sieci. Tylko tyle, bo gdybym zaczęła się rozpisywać, to powstałaby tu historia życia, być może dłuższa niż Twój wpis 😉

Hej, Syreno Lądowa!

Zostaw swój e-mail, a nie przegapisz ani literki! Zapisz się na pierwszą całkowicie ciałopozytywną listę mailową.

Chcę się zapisać do Syreniej Poczty Niekoniecznie Lądowej (możesz się wypisać kiedy tylko zechcesz. Jeśli zechcesz!).

FreshMail.pl