FreshMail.pl
fat&fit

fat&fit

5 PRZYKAZAŃ AKTYWNEJ GRUBEJ BABY

Ćwiczę regularnie. Nie zawsze tak było.

Jestem klasycznym przypadkiem osoby, która całą wczesną młodość przeżyła w przekonaniu, że jest gruba. Teraz, kiedy zdarzy się tak, że cudem jakimś odnajdę jakiekolwiek zdjęcie z tamtych czasów myślę sobie, że ja to jednak durna byłam. Bo choćbym nie wiem jak się wpatrywała w zdjęcie, no nie, tłustości to ja tam nie widzę. Ot, moje słynne „grube kości”. Z perspektywy czasu widzę, że nie zawsze byłam gruba. Leniwa byłam natomiast od zarania wieków.

Niechęć do wszelkiego ruchu skutecznie zaszczepił mi szkolny wuef. Sporty zespołowe, których nienawidziłam całym swym szczenięcym sercem. Pomiary, wyścigi, rzuty piłką lekarską i oceny uzależnione od wyników. I nauczyciel nie biorący pod uwagę tego, że najwyższe dziecko w klasie ma prawo mieć najsłabszą koordynację, bo jeszcze nie poradziło sobie z nowymi kończynami.
Anyways.

Regularnie ćwiczyć zaczęłam trzy lata temu i wcale nie były to kwiatki i cukierki od pierwszego wejrzenia. Au contrair! Przez pierwsze dwa miesiące trzeba mnie było na treningi zaciągać za kołnierz. Czasami dosłownie. (dzięki, Iza!) Moja droga do regularnej aktywności fizycznej wysłana była niechęcią i całym szeregiem wtop i fiask, których z łatwością mogłabym uniknąć, gdyby ktoś wcześniej uświadomił mi, z czym mogę się spotkać. Stąd moje dzisiejsze złote myśli na temat bycia fat&fit.

5 PRZYKAZAŃ AKTYWNEJ GRUBEJ BABY

1. Zainwestuj w dobre sportowe ciuchy.

Wbrew obiegowej opinii można znaleźć na rynku sporo fajnych sportowych ubrań w dużych rozmiarach. Kiedyś myślałam, że się nie da. Pf. Reebok i Adidas robią leginsy do rozmiaru 46/46. Przy czym w Reebokach mam spokojnie zapas na jeszcze jeden rozmiar. Jest kilka trudności i rzeczy, na które warto zwrócić uwagę: primo – mało który sklep ma duże rozmiary dostępne stacjonarnie (Łodzianki – GoSport w Manufakturze to chlubny wyjątek!), a secundo – warto je zmierzyć, bo wykonane są z różnych materiałów, a to potrafi zrobić znaczącą różnicę w pojemności (mnie dodatkowo irytuje, jeśli wzór jest narzucony na bazę w innym kolorze i traci, gdy się materiał rozciągnie).

Ale! Leginsy leginsami, jednakże sednem sportowej garderoby plus size jest biustonosz. DOBRZE DOBRANY sportowy biustonosz. Nie jakiś żarcik z dzianinki na cienkich ramiączkach, tylko solidny, dobrze skonstruowany i porządnie odszyty biusthalter. Jestem w tej kwestii ortodoksem: ShockAbsorber i nic poniżej. Nie miałam okazji zapoznać się ze sportową wersją Panache, więc może to kiedyś odszczekam, nie mówię, że nie. Ja wiem, że cena wyjściowa przekraczająca 200zł nie jest może superatrakcyjna, ale po pierwsze – można go na wyprzedaży upolować za mniej niż połowę ceny (za swój zapłaciłam 99zł); ale po drugie – I NAJWAŻNIEJSZE – mówimy tutaj o twoim ZDROWIU.

Umówmy się, swoją masą dajemy kręgosłupowi popalić. Zrób taki eksperyment: złap butelkę z wodą i potrzymaj ją przed sobą w wyciągniętej ręce. Dajmy na to – 3 minuty. A potem przysuń ją bliżej brzucha. Czujesz różnicę w wadze? Bo twój kręgosłup czuje. Zwłaszcza wtedy gdy biegasz/ skaczesz/ co tam jeszcze. Nie wspominając o więzadłach i skórze, te to dopiero pracują pod presją.
Jeśli to Cię nie przekonuje, uwierz mi – proszę – na słowo. I kup porządny stanik.

2. Dobierz aktywność do swojej aktualnej formy

Ja wiem, wiem, że mierzy się ponad, żeby trafić do celu. Nie lubię jak ktoś z zewnątrz wyraża troskę o moje stawy, itp. Ale serio. Z perspektywy czasu wiem już, że nie ma co szarżować. Kolana mamy tylko dwa, wiec jeśli nie masz zapasowych, może przemyśl, czy warto od razu iść biegać. Jeśli nudzą Cię spacery, zapisz się na jogę. Jest jej sto rodzajów, znajdziesz coś dla siebie. Na crossfit też przyjdzie czas.
Ja na przykład nie lubię ani siłowni solo, ani zajęć w dużej grupie. A jednak udało mi się trafić. Da się.

3. Znajdź swoje miejsce

Nie lubię dużych klubów fitness. Czuję się tam jak na maszynie produkcyjnej. Byłam w wakacje na fit pumpie w jednym z największych obiektów w mieście i czułam się jak w filmie, za którego scenariusz odpowiadał Dali. Totalny surrealizm. Ćwiczenia ze sztangą, na sali 30 babek, każda z tym samym obciążeniem, niezależnym od formy i doświadczenia, a na to wszystko instruktorka (przemiła, trzeba zresztą przyznać) porykująca na to stadko przez zasłonę dźwiękową w postaci jakiegoś disco. Oszołom szoł. Wyszłam otumaniona, bynajmniej z wysiłku. Ot, przypomniałam sobie, dlaczego nigdy nie lubiłam szkolnych dyskotek.
Do brzegu – jeśli źle się czujesz w jakimś miejscu, nie oznacza wcale, że ruch nie jest dla Ciebie. Szukaj dalej, aż znajdziesz swoją fitnesową przystań.

4. Znajdź sobie pilota

Szczególnie, jeśli wcześniej nie ćwiczyłaś. A jeszcze szczególniej, jeśli przemawia do Ciebie siłownia i ćwiczenia z obciążeniem. Prawidłowa technika to absolutna podstawa BHP. Serio, lepiej mniej, a dokładniej. Mówię to ja, od trzech lat walcząca o prawidłowy i bezpieczny przysiad. (moje nemezis)
Jeśli wolisz zajęcia grupowe, zorganizuj sobie w charakterze pilota przyjaciółkę. W grupie będziesz się czuła anonimowa i łatwiej będzie Ci zrezygnować. Jeśli dobierzesz sobie partnera, to może się okazać, że wstyd przed kompromitacją będzie na samym choćby początku tą właśnie kroplą, która dopełni czarę motywacji, by do swojego fat, dołożyć także fit. Wszystkie chwyty dozwolone.

5. Nie daj się zniechęcić

Są dwa niebezpieczne dla motywacji momenty, kiedy nic się nie dzieje. Pierwszy to sam start. Nie wiem jak Ty, ale ja lubię widzieć efekty mojej pracy od razu. Czasami myślę, że powinnam pracować jako piekarz, to na bieżąco widziałabym efekty w postaci równiutkich bułeczek wyjeżdżających z pieca. To jest ten pierwszy moment, kiedy po trzecich zajęciach spodziewać się wielkiego BUM.
Ono przychodzi, ale chwilę później. I wyłącznie po to, żeby dowieźć się do tzw. plateau. Czyli tego drugiego niebezpiecznego momentu, w którym progres płynący z ćwiczeń robi sobie przerwę. Kiedy walczysz i pozornie nic z tego nie wynika, bo twój metabolizm kombinuje z obliczeniami na własną rękę. Nie poddawaj się temu. Kiedyś minie.

Szczególnie ważnym jest dla mnie ostatni punkt dzisiejszej tyrady. Nie poddawać się. Jako osoba gruba już od jakiegoś czasu, miałam okazję przetrenować na sobie wiele diet. Jedyną po nich pamiątką jest insulinooporność, która sprawiła, że w czasie, gdy ktoś inny zrzuciłby 40, ja udarłam ledwie 12 kilo. Z których trzy wróciły, gdy tylko spuściłam dietę z oka. Jesteśmy w tym razem.

Widziałam raptem kilka odcinków America’s Biggest Loser, temat na osobną tyradę, ale zachwyciły mnie słowa Jennifer Winderstrom, jednej z trenerek:

Dlaczego to robisz? Ze strachu czy z miłości do siebie?

No właśnie. A Ty? Dlaczego podejmujesz wysiłek i walczysz z samą sobą?

Leave a Comment

Comments (2)

  1. To są porady nie tylko dla “grubej baby”, ogólnie to jest pięć dobrych zasad dla każdego. Wszystko co napisałaś mogę śmiało odnieść do siebie 🙂 Może poza pilotem, bo chodzę na taniec a tam najważniejszy jest dobry pedagog i też trzeba się ostro zastanowić do kogo iść,żeby nie zrobić sobie krzywdy! Pozdrowienia i miłego dnia 🙂

  2. Absolutnie się zgadzam 🙂 Choć pilotem może być też – jak to ładnie napisałaś – dobry pedagog. Mam ogromne szczęście spotykać absolutnych pasjonatów. Nie ma nic równie cudownego, jak doładować się energią płynącą prosto z pasji. Wtedy zawsze da się zrobić to jeszcze jedno powtórzenie 😉

Hej, Syreno Lądowa!

Zostaw swój e-mail, a nie przegapisz ani literki! Zapisz się na pierwszą całkowicie ciałopozytywną listę mailową.

Chcę się zapisać do Syreniej Poczty Niekoniecznie Lądowej (możesz się wypisać kiedy tylko zechcesz. Jeśli zechcesz!).

FreshMail.pl