FreshMail.pl

fatbulous

Malowana Lala albo Szara Mysz

Miałam sto lat temu taką znajomą, która nie malowała się wcale. Zapytana dlaczego, odpowiadała, że przecież jest ładna, a kiedy ma zły dzień myśli sobie, że gdyby się pomalowała, mogłaby wyglądać jeszcze lepiej. Brak makijażu był dla niej takim buforem chroniącym przed niezadowoleniem z siebie. Też fajnie.

Nie jestem zwierzęciem forumowym. Irytuje mnie, kiedy w dyskusji na temat makijażu zaczyna się podnosić temperatura i obozy pro i przeciwko zaczynają się radykalizować i kopać po jajkach. Odwieczny spór o to czyja racja racjejsza, totalne wyparcie, że to jak z dupą. Każdy ma swoją.
Szybko się denerwuję i dochodzę to niezmiennego wniosku, że co się będę z koniem kopać. Racjonalizować i przekonywać. Za stara jestem na trollowanie.
Zrobiłam to, co zwykle w takiej sytuacji robię –

Szukam własnego głosu

Maluję się na co dzień. Pracuję w miejscu, które wymaga stosowania dosyć ścisłego dress code’u. Do niedawna nie mogłyśmy pomalować paznokci na kolor inny niż nude. Codziennie wbijam się w garniturek i buty na obcasie. Makijaż traktuję jak element uniformu. Ma dla mnie znaczenie czysto użytkowe.
Nauczyłam się tuszu i pędzelka używać jako broni. Perfekcyjne kreski i wykonturowana twarz odgradzają mnie-prywatną ode mnie-służbowej. Idealnie wyrysowana brewka mi nie tyknie, kiedy mierzę się z rekinami lokalnego biznesu.
Makijaż to moc i powinno uczyć się dziewczynki właściwego jej używania. Rozmawiać o tym dlaczego go używamy i jak to robić. Szczera rozmowa dałaby więcej niż chowanie kosmetyków pod klucz. Nauczyłaby może, że to narzędzie, nie środek opresji, który trzeba wartościować zero-jedynkowo.

Ale jak nie chcesz, to nie musisz

Z drugiej strony od zawsze odczuwam opór wobec przymusu. Im bardziej ktoś coś na mnie wymusza, tym bardziej się buntuję. Teraz już bardziej w środku, dorosłam do tego, żeby robić obrachunek zysków i strat zanim rozpuszczę jadaczkę. Mam w głowie ideały wymuskanej kobiecości – Malenę, Joan Halloway i Holly Golightly. Od zawsze i wszędzie uczą mnie, że kobieta powinna być kobieca, i ja z jednej strony lubię być taką kobietą; na obcasie i w pełnym makijażu. A czasami mam ochotę kontestować to zjawisko, nosić dresy i wyglądać jak z Przystanku Alaska. Bez opowiadania się po żadnej ze stron. I bez konieczności tłumaczenia.

Body tak, positive to całkiem inna bajka

Jeśli czujesz się w tej wersji ofiarą podwójnych standardów, to hej, nie jesteś sama! Dużo się teraz mówi o wizerunku ciała, o wizerunku płci. Wszystko robi się coraz bardziej płynne – moim zdaniem? Cudownie.
Od dłuższego czasu nosiłam się z wyartykułowaniem swojej na temat makijażu opinii i przyznać muszę, że nie spotkałam się dotąd z pełnym zrozumieniem. Z zarzutem hipokryzji to i owszem. No bo jak to można się i malować i nie malować zarazem? I walczyć o równą kreskę, i doceniać piękno w surowej, nie podbitej makijażem formie. No freak totalny.

Nigdy nie będziemy, ani Ty, ani ja, idealne dla wszystkich. Dla jednego tusz do rzęs i kreska to za dużo, dla innego będzie wyglądała jak zaniedbana nioska. Babcia miała rację, mówiąc, że jeszcze się taki nie narodził… Wiesz jak to leci dalej?

Na ratunek

I kiedy się tak zastanawiałam, jakby to wyłożyć, żebyśmy się zrozumiały, z odsieczą przybyła mi Chimamanda Ngozi Adichie. Nigeryjska pisarka i feministka, którą na pewno kojarzysz z hitu Beyonce, Flawless. Queen B użyła fragmentu wypowiedzi Adichie z fantastycznego przemówienia podczas konferencji TED (do posłuchania tutaj).

Obejrzyj sobie – na wszelki wypadek luźno przetłumaczyłam angielski tekst. Warto się zapoznać ze zjawiskiem, bo jeżeli osoba słynąca z walki o prawa kobiet i poprawienie sytuacji dziewczynek bierze się za reklamę rzeczy tak pozornie błahej jak kosmetyki, to mój wrodzony idealizm każe mi wierzyć, że stoi za tym coś więcej.

I wiecie co? Nie zawiodłam się.

Kultura uczy nas, że jeżeli kobieta chce być traktowana poważnie, nie powinna przykładać zbyt wiele wagi do swojego wyglądu, więc w pewnym momencie zrezygnowałam z makijażu i wysokich obcasów.
I stałam się fałszywą wersją siebie.
Potem ocknęłam się i zobaczyłam znów pełnię kolorów, pełnię pewności siebie.
Bo prawda jest taka, że make up w zasadzie nic nie znaczy.
To po prostu makijaż.
Chodzi o to, jak czuję się nosząc ten makijaż.
Co mnie uszczęśliwia, gdy patrzę w lustro.
Co sprawia, że się prostuję.
Chodzi o decyzję, jak kroczę przez świat. I co decyduję się dostrzegać.

Jeśli dotarłaś już w swoim życiu do tego punktu siły – serdecznie gratuluję. Jeśli dopiero tam idziesz, ramię w ramię ze mną; każdego dnia walczysz o to, by zbudować poczucie własnej wartości w oparciu o samą siebie, a nie zewnętrzne pochwały i przytyki – trzymam za ciebie kciuki.

Pamiętaj, decydujesz sama!

[sgmb id=”1″]

Leave a Comment

Comments (2)

  1. Ja tylko marzę o czasach, kiedy nikt się nie będzie – mówiąc brzydko – przypieprzał do tego, czy się maluję czy nie. Do pracy chodzę bez makijażu, bo mogę (korzyści pracy w laboratorium, moje bakterie i rośliny mają w nosie moje pryszcze i cienie pod oczami, koledzy z pracy których żaden dress code nie dotyczy takoż). Jak idę na imprezę, to się maluję, bo mam na to ochotę. Mam nadzieję, że podobną swobodą będą się kiedyś cieszyć moje koleżanki pracujące w korpo czy innych bankach, gdzie bez make-upu ani rusz, a także dziewczyny pochodzące z tych środowisk, w których mocny makijaż kojarzy się z uprawianiem najstarszego zawodu świata.

Hej, Syreno Lądowa!

Zostaw swój e-mail, a nie przegapisz ani literki! Zapisz się na pierwszą całkowicie ciałopozytywną listę mailową.

Chcę się zapisać do Syreniej Poczty Niekoniecznie Lądowej (możesz się wypisać kiedy tylko zechcesz. Jeśli zechcesz!).

FreshMail.pl