dżinsu plus size

fatshion

10 powodów, dla których nie kupujemy nowych ubrań i dowody na to, że są idiotyczne

Jako przedstawicielka zacnej socjety plus size

spędzająca wczesną młodość w wariackich okolicznościach lat ‘90 w Polsce, nie miałam kiedy przyzwyczaić się do tego, że mam wybór w kwestiach związanych z garderobą. Duże spodnie dżinsowe kupowało się w moim małym miasteczku w niedzielę na rynku. Zawsze takie same i od “ruskich”. O Bonprixie może i kto słyszał, ale kogo było na niego wtedy stać? Mam to szczęście, że mama siadała od czasu do czasu do maszyny, i tylko dzięki temu nie wyglądałam na chłopek-roztropek w wersji plus size. Ale do brzegu – wyboru nie było. Potem weszły sieciówki i w moim życiu, w temacie odzieżowym, zmieniło się… dokładnie nic. Odkąd pamiętam, zakupy to był koszmar. Wyjątek stanowił jeden, jedyny sklep w mieście, który w swojej ofercie miał ciuchy sprowadzane ze Skandynawii. Cała reszta – pod sznurek. To były czasy, kiedy jeśli nie zabezpieczyłam sobie kiecki na wyjście z dużym wyprzedzeniem, nie miałam co liczyć na zakupy last minute.

Zresztą – same wiecie, że sytuacja zmieniła się dopiero z nadejściem epoki sklepów internetowych.

W moich wspomnieniach z zakupowych wypraw w tle zawsze grają złowrogie smyczki rodem z Hitchcocka. Wychodząc z koleżankami mogłam sobie co najwyżej popatrzeć. Z zakupów w grę wchodziły skarpetki oraz biżuteria. Przy czym ta ostatnia też nie każda, bo do tej pory nie jestem w stanie wciągnąć na rękę bransoletki w rozmiarze „chiński standaryzowany”. Przez dłuuugi czas przymierzalnia była dla mnie synonimem kabiny prysznicowej ze słynnej Psychozy.

Ubrania kupuję od niedawna

Nie, że w ogóle, nie wychowały mnie małpy i nie spędziłam przecież trzydziestu lat życia uganiając się po dżungli z gołym, czerwonym tyłkiem. (Może trochę szkoda?) Mam na myśli świadome zakupy robione z przyjemnością. Cały czas się tego uczę. Nie odkładania zakupów na później, na chudziej.

To jak my, dziewczyny plus size, podchodzimy do kupowania ubrań dużo mówi o naszym stosunku do własnych ciał. Uczymy się ubierania w ładne i dopasowane rzeczy, tak samo, jak uczymy się akceptować i doceniać same siebie.

Nie od wczoraj wiadomo, że zakupy są remedium na wiele życiowych przykrości, ale w naszym plus size świecie wiemy, że wygląda to inaczej. Mam swoje powody, dla których odłożyłam na półkę to body. Każdy równie głupi i – co najsmutniejsze – najpewniej podobny do Waszych wymówek.

1. Nic nie wygląda na mnie dobrze

Bzdura numer jeden. Dostępność ubrań w dużych rozmiarach zwiększyła się na tyle, że każda z nas jest w stanie dobrać ciucha, w którym będzie wyglądała obłędnie. Może i mam kawał brzucha, ale mimo wszystko dobrym ubraniem mogę sobie wyrysować talię. Serio, da się!.

2. Pewnie zaraz schudnę, więc w sumie nie ma sensu

W efekcie albo nie kupujemy, albo kupujemy kolejny egzemplarz ciucha „na chude czasy”. Nie będę tu w nikogo rzucać kamieniami, bo sama mam w swojej półce swój stosik wstydu w rozmiarach od 42 do 44. Głupie. Dzisiaj kupuję swój aktualny rozmiar. Trudno, najwyżej będę musiała poszukać dobrej krawcowej, gdyby mi się schudło jednak. (Się. Schudło. Hehe.)

3. I tak nie wiedziałabym jaki rozmiar kupić

Od tego są w sklepach przymierzalnie oraz możliwości wymiany i/lub zwrotu w sklepach internetowych. Żadna wymówka.

4. Grube dziewczyny nie powinny tego nosić

Paski w poprzek, fasony dopasowane do sylwetki i cała reszta szlagierów, które babki plus size powinny omijać szerokim łukiem. Moja opinia na temat tej wymówki? Nie muszę komentować, wystarczy, że odpalimy instagram i popatrzymy co słychać za wielką wodą.

5. Nie odważę się w tym wyjść na ulicę

No dobra, jeżeli kupisz coś totalnie – na miarę twojej garderoby – wywrotowego, zagrożenie jest realne. No chyba, że jesteś w fazie poszukiwawczej; eksperymentujesz i szukasz swojego stylu. Albo masz gdzieś co ludzie powiedzą. Polecam to drugie. Tak czy owak, ubranie, które nosisz ma Ci się podobać. Służyć Tobie, nie na odwrót. Nie musisz kupować wszystkiego, co jest w sklepie. Ani przejmować się, że ktoś popatrzy na Ciebie jak na wielbłąda w Reykjaviku. 

6. Źle się czuję ze swoim ciałem, nie chcę go stroić

To nie jest bzdura, to jest po prostu przykre. Nasze ciała nie są narzędziami zdobywania publicznego uznania. To precyzyjnie zaplanowane maszyny, które w każdej sekundzie prowadzą równolegle setki aktywności. Czy to nie wspaniałe? To, że nie jesteśmy JLo nie powinno sprawiać, że źle się czujemy ze sobą. Ludzie robią gorsze rzeczy, niż noszenie kilkunastu nadprogramowych kilogramów.

7. Boję się to przymierzyć

Rozumiem to, ale nadal uważam za bzdurę. Ja też mam takie dni, kiedy widok mojego odbicia w lustrze w przymierzalni wywołuje u mnie niemal łzy. Zwalczam to, i zawsze staram się obiektywnie ocenić, czy chodzi o moje złe samopoczucie, czy faktycznie ubranie jest do kitu. Nie możemy się poddawać.

8. Na pewno nie będzie mojego rozmiaru

Jakkolwiek rzeczywistość potrafi być rozczarowująca, warto zapytać. Dużo się zmieniło i nawet w H&M jestem w stanie kupić ZA DUŻE ubranie. Bardzo wolno i z dużymi oporami, ale nawet sieciówki zrobiły niewielki krok w kierunku największej grupy odbiorców i wprowadziły trochę większe ciuchy. Do rozmiaru 52/54 da się ubrać w sklepach stacjonarnych, choć bądźmy szczere, wybór nie jest oszałamiający.

9. I tak nie będzie pasowało do niczego, co mam już w szafie

W tym przypadku możesz być nawet dosyć blisko prawdy, jeżeli twoja garderoba była do tej pory zbiorem przypadkowych elementów, kupowanych wyłącznie dlatego, że się w nie mieścisz. Ale hej, od czegoś trzeba zacząć!

10. Kupię to sobie w nagrodę, jak już schudnę

Bzdura bzdur. W nagrodę za schudnięcie to sobie pobiegniesz 5k czy inny runmagedon. Czy zrobisz cokolwiek tam sobie wymarzyłaś. Życie jest tu i teraz, i naprawdę, nie ma takich argumentów, którymi przekonacie mnie, że jest inaczej. Nie i już.

Kup sobie tę kieckę. Nie musisz nosić 36, żeby wyglądać jak milion dolarów, słowo. To, co na siebie wkładamy ma duży wpływ na to, jak się czujemy. I ze sobą, i w ogóle. Wystrój się jak Beyonce i pozachwycaj w lustrze. Spróbuj. Może nie od razu wyjdzie, bo trzeba się do siebie przyzwyczaić, szczególnie jeśli przez pół życia unikałaś swojego odbicia jak polityk odpowiedzialności, ale spróbuj.

Mnie to na serio pomaga.

Leave a Comment

Comments (23)

  1. Dziękuję Ci za ten wpis! Przerobiłam na swojej skórze chyba wszystkie argumenty z tej listy. Też miałam swoje za małe ciuchy, które trzymałam w szafie tak długo, aż wyszły z mody. Rozpisałam sobie, że dopiero jak osiągnę jakiś wyznaczony cel (przeważnie związany z określoną wagą), to kupię sobie coś fajnego. A przecież do tego czasu też trzeba coś nosić, a fajne ciuchy przydają się dwa razy bardziej właśnie wtedy, kiedy nasze ciało nie jest czymś, z czym czujemy się komfortowo i chciałybyśmy jakoś odciągnąć uwagę od naszych niedostatków (przeważnie z resztą i tak przeceniamy ich znaczenie).
    Ja dopiero niedawno nauczyłam się czerpać z zakupów jako-taką przyjemność, za sprawą najkochańszego przyjaciela-geja, który zawlókł mnie na nie niemal siłą żeby udowodnić, że da się znaleźć fajne rzeczy i w moim rozmiarze. Boję się tylko, że teraz będę przepieprzać pół wypłaty w COSie, do którego mam 15 minut na piechotę… 😉

    1. Korona mu za to! Złoty Człowiek.

      Nie traktuję ubrania w kategoriach odciągania uwagi od niedostatków – wolę raczej patrzeć przez pryzmat tego, że dobrze dobrany ciuch pozwala nam się czuć lepiej tak w ogóle. Dodać trochę animuszu w trudnych czasach, kiedy same ze sobą toczymy najzacieklejszą walkę.

      Z tą wypłatą to może jednak uważaj 😉 dobrze mieć parę groszy w odwodzie 😉

      1. Ja też nie traktuję ciuchów w ten sposób, niemniej są takie dni że naprawdę nie chce się w lustro patrzeć, więc jeśli schowanie się za ubraniem jest jedynym sposobem na przetrwanie takiego czasu (wcale nie najlepszym, jasne, ale są momenty że na niewiele więcej człowieka stać), to dobre i to 🙂

  2. Problem dopasowania odzieży dla większych rozmiarów powoli zauważa coraz więcej producentów. Rynek staje się otwarty na „plus size”. W naszym sklepie ptakmoda.com wprowadziliśmy rozmiarówkę do 60, aby każda kobieta mogła znaleźć coś dla siebie.

  3. To wszystko tyczy mnie. Jestem na tym przełomie, gdzie 42 rzadko pasuje, a 44 trudni znalezc. Na kupowanie przez neta nie mam kasy. Na szczescie sa lumpeksy. 🙂 z reszta ja i tak nie akceptuje innych kolorow niz czarny, szerokich swetrow i udawaje, ze mnie nie ma. Serio. Podziwiam Cie, ze potrafisz tak myslec. Mam wrazenie, ze cokolwiek ubiore wygladam i tak beznadziejnie. Na ostatnie wesele (w rodzinie mojego chlopaka wiec szczegolnie mi zalezalo) kilka miesiecy szukalam kiecki. W koncu dorwalam w orsayu jakims cudem. Po powaznych przerobkach krawieckich jakos wygladalo. Wielkich wyjsc unikam…

    1. Powiem Ci uczciwie, Moniś, że to nastawienie niestety nie przyszło samo – lata pracy 😉 Mam nadzieję, że za jakiś czas zapomnisz o swoich swetrach, tak jak ja zapomniałam o swoich.
      Sto lat temu, kiedy nosiłam 44, wydawało mi się, że jestem najgrubszym człowiekiem w mieście. Dzisiaj noszę jeszcze większy rozmiar, ale nie pozwalam, żeby przeszkadzało mi to w spełnianiu marzeń. Wszystko da się wypracować – pamiętaj, że pisze Ci to osoba, która dopiero w tym roku odważyła się wyjść na miasto w szortach latem. Da się. Trzymam za Ciebie kciuki.

  4. kolejnym minusem zakupów większych rozmiarów są też ich ceny, kompletnie niedopasowujące się do studenckich kieszeni ;(. Najgorzej jest z bielizną gdzie na dobrze leżący biustonosz muszę wydać 150 zł i wiecej…:(

    1. Cena 150 za stanik jest dla mnie zrozumiała, ale wcale nie onacza, że jest to wydatek, na który sobie pozwalam co miesiąc 😉 nie tylko dla studenckiej kieszeni jest to znacząca kwota 😉

      Musimy być cwane i kombinować jak zostać Królową Przecen i Obniżek 😉

  5. Mnie w zakupach stacjonarnych wkurza jedna rzecz. Bo ok, moje 40-44 (pi razy drzwi, zależnie od sklepu) nie jest rozmiarem niemożliwym czy nawet bardzo trudnym do zdobycia. Spodnie mogę na swój zadek kupić prawie w każdym sklepie (choć są wyjątki), ale jeśli mam kupić sukienkę, koszulę, płaszcz, czy cokolwiek, co mam założyć również na górną część ciała, a nie jest mega-rozciągliwe, to dostaję białej gorączki i ataków paniki przeplatanych wybuchami czystej, niepohamowanej furii.
    Dlaczego? Bo według większości projektantów kobieta nie może mieć więcej niż 10-15cm różnicy między obwodem w talii a obwodem w biuście. I ma mieć wąskie ramiona. I krótki tułów oraz ręce. Ale biodra zdecydowanie szersze od talii i pasa (choć nie za bardzo).
    I wtedy wchodzę ja, cała na… czarno, no dobra. Bo czarny wyszczupla podobno i nie widać na nim plam potu, a wiadomo, że jak duża, to się poci jak prosię (w sumie w moim przypadku to prawda, ale pociłam się nawet jak miałam niedowagę, więc nieważne).
    I widzę śliczną sukienkę. Której w cycku nie dosunę, choć cycek mam z tej wyższej średniej półki rozmiarowej (dużym bym go nie nazwała, ale może się nie znam i po prostu się przyzwyczaiłam i nie widzę, że jest wielki?). Która w barach trzeszczy. Która ledwo mi zad zakrywa, a jeśli ma długie rękawy, to kończą się one kilka centymetrów nad moimi nadgarstkami. A jeśli jest z tych dopasowanych po całości, to w biodrach nieco powiewa, a na brzuchu jest opięta do granic możliwości.
    O koszulach nawet nie będę zaczynać, bo autentycznie kiedyś mi się zdarzyło „strzelić” guzikiem. True story.
    Na szczęście czasami można coś fajnego kupić online…

    A co w tym jest najzabawniejsze? Że mam zaledwie 175cm wzrostu, tylko kilka kilogramów nadwagi i cycek w rozmiarze 75G (na „męskie” to by było jakieś 80 dużeceeee/małedeee).
    Niby fajnie, że sekcje „plus size” się pojawiają w coraz większej liczbie sklepów, ale jednak kicha, że kolekcji dla nieco bardziej „biuściastych” czy nieco bardziej „pupiastych” to już ze świecą szukać.

    1. To jest kicha totalna, zgadzam się.
      Też należę do osób, które przeskok pomiędzy biustem-talią-a-biodrami ma większy niż przewidują to konstruktorzy odzieży serwowanej w sieciówkach i ciężko z proporcjami. Musiałam się nauczyć nosić stylony, no dobra, może nie stylony, ale zawsze – niestety- szukam materiałów z elastyczną domieszką, bo inaczej wiem, że nie mam szans.
      Powiem Ci na pocieszenie, że idiotyzm w konstrukcji odzieży dotyczy wszystkich rozmiarów, bo czy małe, czy duże, zdarzają się takie potworki, że w sumie to nie wiesz w którą stronę to zakładać; tu pieje, a tam się nie dopina.
      Koszule to osobny koszmar, bo przy moim rozmiarze 46/48 mam wybór oversajzy albo… oversajzy. Talię to mogę sobie ewentualnie zaznaczyć na takim worku paskiem a la Peggy Bundy.
      Jakim to trzeba być agentem do zadań specjalnych, żeby się dobrze ubrać!

      1. Z biodrami trochę źle napisałam. Bo ok, szersze są, ale węższe od cycka i nie na tyle szerokie, żebym mogła kupować spodnie inne, niż biodrówki, bo mi się w mięciutki brzuszek wpijają. Koszmar.
        A te chore proporcje są skalowane po całej rozmiarówce. Jeśli ma się biust średni/średniomały, to ok, ale jeśli jest on mniejszy lub większy, to ze świecą szukać dobrego dopasowania.
        Co do koszul, to pozwolę sobie na zareklamowanie polskiej marki, która mnie wybawiła (to nie jest kryptoreklama, to jest bezczelne zareklamowanie wprost, za które nawet grosza nie dostanę! :D).
        BiuBiu – rozmiary konfekcyjne do 48 + podział na dwa lub trzy rozmiary „biustowe” (2/3 – w zależności od tego, czy ciuch jest mniej, czy bardziej rozciągliwy). Mam od nich trzy koszule i są to pierwsze w moim życiu, które mam dopasowane i w biuście, i w talii 🙂

    2. Tę część rozumiem. Jestem plus size wzdłuż i też nie mogę większości rzeczy na siebie znaleźć. „Niestety, jest pani za wysoka nawet jak na mężczyznę”, powiedziała mi bezradnie ekspedientka w sklepie ze spodniami. No tak, 192 cm.
      Szerokość mam standardową, ale wszystko dużo dłuższe. Większość bluzek i spodni jest dla mnie 3/4. Talię mam parę centymetrów niżej, niż się twórcom wydaje. Koszula, żakiet? No can do. Też wolę elastyczne rzeczy, bo gdzie wypcham, tam będą biodra, a gdzie nie, tam będzie talia 😉
      No i nie mam 500 par butów, bo niewiele jest ładnych w rozmiarze 44/45 😉

      1. Plus size wszerz też potrafi sprawić niespodziankę z długością, choć w moim przypadku zwykle robią mi to ubrania elastyczne 😉 mam nadzieję, że sytuacja dla plus size wzdłuż też zacznie się poprawiać, tak jak poprawia się dla tych wszerz.

  6. wszystko jest kwestią odpowiedniego doboru fasonu, koloru, materiału…kobiety w rozmiarze 38 też nie wyglądają we wszystkim dobrze…jedne tym się przejmują, szukają dalej, a inne nie i noszą 🙂

  7. Faktycznie co za idiotyczne pomysły!
    myślałam, że artykuł będzie o poważnych problemach z kupowaniem ubrań np. o braku pieniędzy na nowe ciuchy, o niewystarczającej dostępności, zwłaszcza w realu, o tym, jak często musiałabym wybrać między ciuchem , który lepiej na mnie leży, a nie ciuchem, który bardziej mi się podoba …

    A tak poważnie – jak ustalasz rozmiary ubrań w sklepach internetowych? bo ja zimą zamówiłam po 4 rzeczy w 4 sklepach i w pierwszym rzucie pasowała na mnie jedna bluzka 🙁
    Jest mi obojętne, jaki numerek mają moje ciuchy na metce (a mają chyba od 46 do 56), ale łaknęłabym jakiejś jednolitości.

    1. O jednolitości możemy tylko marzyć 😉 przede wszystkim wiem, że poruszam się w szerokim zakresie rozmiarów, bo od 46 do 50. ZAWSZE czytam (i zostawiam) opinie o ubraniach, zawsze sprawdzam tabele rozmiarów. Znam też swoją sylwetkę na tyle, że wiem co nie sprawdzi, a co absolutnie nie.
      I tak czasem chybiam. Rzadko, ale się zdarza 😉