FreshMail.pl
bez diety fajniej

fat&fit

3 diety, których twórcy powinni trafić do piekła

Zrób taki eksperyment – idź do kiosku, weź do ręki kolorowy magazyn dla kobiet i spróbuj w nim NIE ZNALEŹĆ złotych porad jak zgubić 20kg w tydzień czy innej diety cud. Wyzywam Cię!

Dawno temu w odległej galaktyce

Jak każda obdarzona nadprogramowymi kilogramami dziewczyna, w pewnym okresie swojego życia z uporem godnym lepszej sprawy zmierzałam do uzyskania sylwetki idealnej. Pragnienie to potęgowało środowisko, w którym przebywałam.

Otóż wyobraź sobie, że mam za sobą studium aktorskie. To nie tak, że nie poznałam tam super ludzi – byli i tacy, perełki wygrzebane z błota. Jednak większość towarzystwa doskonale opisuje taka sytuacja, której byłam świadkiem w pierwszym tygodniu:

Stoimy sobie na podwórku, śmichy-chichy i takie tam zapoznawcze konwersacje. Zrobiona blondyna poznaje się z moją przeciętnie urodziwą koleżanką. Podaje jej rękę, po czym obraca się na pięcie do swojego towarzystwa i przewracając oczyma tako szepcze teatralnie:

– Boszszszzzz, jak ja nie lubię poznawać brzydkich ludzi.

Zamurowało mnie kompletnie. Rozumiecie temat? Takie środowisko + ulubiona wykładowczyni mówiąca mi, że „gdybym spuściła z tyłka ze 20 kilo to byłabym naprawdę niezła”. To cytat dosłowny, mimo upływu lat noszę to w sobie. No więc to wszystko razem sprawiło, że chciałam być szczupła. Chciałam pasować do stereotypu ładnej dziewczyny ze szkoły aktorskiej. Choćby i prywatnej. Chciałam się wkomponować, pasować do grupy. Chciałam być szczupła, a nigdy nie byłam. (Przeszło mi dopiero sporo później.) To był ten okres w moim życiu, kiedy wyruszyłam do krainy wiecznego głodu i niezadowolenia z siebie.

I czas, kiedy zaczęłam idiotyczne eksperymenty z odżywianiem. Lub jego brakiem.

#1 DIETA KOPENHASKA

Zaczęłam z grubej rury. Go big or go home, co nie?

Twórcę tego narzędzia psychoterroru powiesiłabym za gumkę od majtek na czubku choinki. Tak, żeby tam został na zawsze.

Z tamtego okresu najlepiej pamiętam trzy rzeczy: gotowaną pierś z kurczaka, sałatę i głód. Ani pierwszego, ani drugiego do tej pory nie jem z własnego wyboru do dzisiaj. Zdarza mi się, jeśli nie ma wyjścia, ale unikam.

Byłam upiornie głodna. Cały cholerny czas. Głodna i zła. Robiło mi się ciemno przed oczami. Po trzech dniach posiłki stały się przykrym obowiązkiem, bo na to, co wolno mi było jeść, zwyczajnie nie mogłam patrzeć. Sałata z cytryną rosła mi w ustach.

Za pierwszym rzutem, (bo zrobiłam to w życiu dwa razy. Głupia!) zrzuciłam 12kg. Piorunujący efekt. Potem, po powrocie do normalnego jedzenia był rozstrój żołądka i dwutygodniowa biegunka. Po roku waga pokazywała +20kg.

#2 MERIDIA

Wszystko legalnie (były to czasy zanim sybutrymina trafiła na indeks) i pod kontrolą lekarza dietetyka. Zbilansowana dieta z daniami z kosmosu (nie wiem jak dzisiaj, ale przeszło dekadę temu łosoś był dla przeciętnego studenta kosmiczną mrzonką).

Z tego czasu najlepiej pamiętam dotkliwy brak pieniędzy. Dietetyk kosztował krocie, tabletki (nie było jeszcze tańszego zamiennika) kosztowały krocie kroci, o jadłospisie już wspominałam, prawda?

Ale to nie było ważne. Ważne było to, że Meridia przynosiła efekty. W ciągu pierwszych dwóch miesięcy 14kg. Pięknie! Tylko że popołudniowa kawa przyprawiała mnie o koszmarne bóle głowy. Ale to KOSZ-MAR-NE. Jakby mi ktoś młotem pneumatycznym fedrował pod czaszką. Ciągle się pociłam i po początkowym haju – oklapnęłam jak smętny wiecheć. Wracałam z pracy/uczelni i dosłownie przewracałam się do łóżka. Skojarzenie sybutryminy z ciśnieniowym bólem głowy zajęło mi trochę czasu, ale jak już zatrybiłam, rzuciłam ten szajs w diabły. Jakość życia wystrzeliła pod niebo.

Po roku waga odnotowywała +17 kg.

#3 DIETA DUKANA

A potem był Dukan. Wybuch supernowej, dietetyczny hit Polski. Praktykowaliśmy to z moim ówczesnym chłopakiem. Ciągle zmęczeni, niezadowoleni, skwaśniali i przejedzeni twarogiem. I znów ten kurczak! W tamtym czasie wiedziałam już na szczęście, że jeśli przy diecie każą pić 2l wody dziennie, to tyle właśnie muszę wypijać i chyba tylko dzięki temu uratowałam nerki.

Mniej spektakularnie niż wcześniej, pierwszy miesiąc diety przyniósł spadek rzędu 8kg. Wszystko to kosztem radości życia, godzin stania przy garach i kłótni o ostatni kefir w lodówce.

Po jakimś czasie mój organizm powiedział NIE! Paznokcie porozłaziły mi się jak papier, okres rozregulował, a włosy wychodziły garściami. Byłam szara, nieszczęśliwa i na wpół łysa, kiedy zapytałam siebie: „Czy Ciebie już całkiem pojebało?”.

 

Rzuciłam dietetyczny biznes z przytupem i trzaskając za sobą drzwiami. Katorżnicze diety zmieniały mnie jako człowieka. Zazdrościłam każdemu, kto ważył mniej ode mnie. Kiedy któraś ze znajomych chudła szybciej, zalewała mnie krew. Wymagałam od siebie idiotycznych rzeczy i to jest prawdziwy cud, że nie dorobiłam się poważnych zaburzeń odżywiania. Myślę, że uratowała mnie przed tym pasja – dzięki boczku zawsze było w moim życiu coś, co pochłaniało mnie bez reszty. Coś, dzięki czemu nie skierowałam całej tej nagromadzonej agresji do środka.

Dzisiaj umiem to docenić. Cieszyć się, że to za mną i że tak dużo się w moim życiu zmieniło. Że diety zamieniłam na rozsądne odżywianie (wiadomo, potykam się jak każdy) i że z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że cały wysiłek, jaki podejmuję, żeby utrzymać swoje ciało w dobrej kondycji wynika z tego, że chcę dla siebie dobrze.

Postanowiłam się tym z Tobą podzielić, żebyś wiedziała, że nie jesteś w swojej walce osamotniona. Że można wyluzować i cieszyć się życiem. A może… może nawet masz na to receptę, którą mogłabyś się podzielić?

[sgmb id=”1″]

Leave a Comment

Comments (16)

  1. Bardzo dobry tekst. Ja miała do czynienia jeszcze z „dietą kapuścianą” – fakt pośrednio, bo przyjaciel na niej był – ale widziałam, co się dzieje… Masakra jakaś…
    P.S. Teraz już rozumiem z tą piersią kurczaka! Wybacz, że cały czas o tym zapominam… 🙁

  2. W okresie dojrzewania mama zaczęła porównywać mnie i moją siostrę bliźniaczkę, oczywiście na moją niekorzyść. Jej kupowała stroje rozmiar S, mnie M, chociaż wyglądałam jak w worku. Zaczęłam więc liczyć kalorie. Pamiętam, jak ściskało mnie serce, kiedy jadłam obiad ze świadomością, że to mój ostatni posiłek dzisiaj. Na szczęście byłam przy okazji dzieckiem buntowniczym i po wielu awanturach zarządałam, że sama będę decydować o swoich ubraniach. Z dnia na dzień okazało się, że mam dobrą figurę i do tego gust!
    Zaś na Erasmusie miałam bardzo głupi pomysł, że będę oszczędzać na jedzeniu. „Jeden dzień można nie jeść” – nie róbcie tego!

    1. To okropne 🙁 doskonały przykład na to, jak otoczenie może nas warunkuje. I dowód na to, że trzeba o tym rozmawiać i uczyć i dużych, i małych, że różnorodność jest piękna. Dobrze, że się wybroniłaś buntem – wiele osób o słabszym charakterze by się z tego nie wydostało!

  3. Trudno się dziwić, że według niektórych badań większość ludzi po zakończeniu diety odzyskuje stracone kilogramy, skoro słowo „dieta” interpretowane jest jako „czasowe ograniczenie, po przebrnięciu przez które będzie można wrócić do trybu życia, który spowodował, że przed tą dietą w ogóle pojawiła się nadwaga”. Drugie znaczenie słowa dieta to bodajże „sposób odżywiania” i właśnie tak – w kategoriach możliwego do utrzymania na dłużej trybu życia – powinno się na nią patrzeć. Osobiście znalazłam ratunek w termodynamice. 🙂 Męczącą mnie od dzieciństwa nadwagę zrzuciłam, uświadomiwszy sobie, że wystarczy dostarczać ciału mniej kalorii, niż jest potrzebne do utrzymania chomikowanych w postaci tłuszczu zapasów energii. Jako niską kobietę trochę boli mnie, że przez genetykę i ślepy los mogę pozwalać sobie na dużo mniej, niż którykolwiek mężczyzna czy chociażby wyższa dziewczyna. Odkąd jednak wiem więcej o prawdziwych potrzebach swojego ciała, kaloriach, składnikach odżywczych i ogólnie funkcjonowaniu ludzkiego organizmu czuję się dużo lepiej pod względem psychicznym – nie muszę już walczyć z wiatrakami. Wiem, że jeżeli chudnę, jest to wynikiem realizowania zaprojektowanego pod tym kątem planu, a jeśli tyję – to nie uniwersum sprzysięgło się przeciwko mnie, tylko przez pewien okres to cieszenie się jedzeniem i wypoczynek zamiast ruchu były moim priorytetem, nie kontrolowanie wagi. Współczuję ludziom, którzy ze względów genetycznych mają problem z ustanowieniem zdrowej relacji z jedzeniem, w sumie sama do nich należę. Diety typu Dukan to żerowanie na ich psychice, która może i wytrzyma zryw w postaci miesięcznej restrykcyjnej diety, ale później z nawiązką sobie ten okres odbije. Myślę jednak, że edukacja na ten temat to jedyne i najlepsze remedium, dzięki któremu każdy – po poświęceniu odrobiny czasu – jest w stanie zrozumieć, co byłoby konieczne, aby osiągnąć optymalną wg ekspertów wagę i postanowić, czy bardziej zależy mu właśnie na chudnięciu/tyciu, czy na utrzymaniu uniemożliwiającego to trybu życia.

    1. Zgadzam się kompletnie, ale właśnie ten brak solidnej edukacji jest największym problemem i bolączką. Trudno jest znaleźć specjalistę – dietetyka z tą wiedzą, a co dopiero szukać jej u „cywilów”

  4. Nie czuj się urażona – napiszę szczerze to co myślę.
    To świetne, że cieszysz się życiem i potrafisz dobrze dobierać stroje do figury – ale nie boisz się problemów zdrowotnych związanych z otyłością?

    Można odchudzić się w wiele sposób, na przykład poprzez „racjonalne odżywianie”. Czy uważasz, że twoje odżywianie jest racjonalne, skoro jego efektem jest okrągła sylwetka?

    Pozdrawiam 🙂

    1. Droga Klaudiu – my grube baby obok okropnej figury jesteśmy jeszcze głupie i niedoinformowane….Tiaaa…Po prostu na śniadanko nosorożec popity wiadrem coca-coli, a po godzince hipopotam.Większość z nas żywi się zdrowiej i ma wiedzę przewyższająca niejedną chudzinę żywiącą się w MacDonalds. Obżarstwo to mity.

        1. I zasmażka – pół kg mąki i 2 kostki smalcu.Oj zdziwiłoby się wiele panienek widząc mój talerz i moje żywienie.Szczerze – nie znam żadnej osoby plus size, która się obżera…

          1. Ja się czasami obżeram, kiedy mam regres z BEDem. Uczymy się ze sobą żyć i hamować takie zapędy 🙂 Poza tym jem raczej zdrowo.

  5. Ten tekst nauczycielki… Ja p*******! Sama nie zliczę, ile się takich nasłuchałam… Do najczęstszych i najbardziej znienawidzonych należy: „Ale masz przecież ładną buzię!”, do takich, które chamskością zapadły w pamięć była scenka rodzajowa w baletu dla dorosłych:
    Zbieramy się powoli przy drążkach, pani za pianinem dźwiękami zapowiada rozpoczęcie lekcji. Stoję na samym przodzie pod oknem, dumna, że odważyłam się po raz pierwszy ćwiczyć w czarnym trykocie, rajstopach i spodenkach. Nauczyciel wstaje, mówi pianistce, co ma grać, przechodzimy do ukłonów i… Zauważa mnie. Gestem przerywa muzykę i z ohydnym uśmieszkiem zwraca się do mnie:
    – A pani coś dzisiaj jadła?
    – S-słucham? – odpowiadam kompletnie zbita z tropu.
    – No, czy pani coś dzisiaj jadła?!
    – No… No tak, jadłam.
    – Dobrze, wspaniale. To proszę już dzisiaj do końca dnia nic nie jeść. I Jutro też nie. I pojutrze. I tak przez miesiąc. Tylko woda i balet! Zobaczy pani, jakie będą efekty! No dobrze, zaczynamy, pierwsza plie, druga plie, trzecia…

    Przy całej koedukacyjnej grupie. A sam swój brzuch mógłby wieźć na taczce, jak Homer Simpson.

    1. O rany… Co za dupek! Ludzie wypchani filmami żyją w przekonaniu, że prawdziwa sztuka musi być cierpieniem, a skoro oni cierpią, to Ty też musisz.
      Obrzydliwe, słowo daję.

  6. A czy widzicie tę nagonkę na nas pod pretekstem – schudnij, to będziesz zdrowa. Ja się pytam- jaka zdrowa? Gdzie to zdrowie kiedy na palcach u jednej ręki mogę policzyć zdrowe chudzielce w ilości sztuk 3 które znam osobiście. Reszta jara faje, najada się połową bułki i czarną kawą za cały dzień, lub ma zaburzenia odżywiania. Fakt są szczupłe, ale czy zdrowe???

Hej, Syreno Lądowa!

Zostaw swój e-mail, a nie przegapisz ani literki! Zapisz się na pierwszą całkowicie ciałopozytywną listę mailową.

Chcę się zapisać do Syreniej Poczty Niekoniecznie Lądowej (możesz się wypisać kiedy tylko zechcesz. Jeśli zechcesz!).

FreshMail.pl