FreshMail.pl
fałdy - body positive

Uncategorized

Abecadło plus size – F jak fałdy

Pi i Sigma wzbudzali sympatię. Mikroskopowe zdjęcia niesporczaków wywołują achy i ochy. Kostium sumo śmieszy, a wojownika tej dziedziny otacza się najwyższą czcią. Co poszło nie tak, ja się pytam, że grube dziewczyny i ich pełne wdzięku fałdy stały się wrogiem publicznym numer jeden?

Leżąc w chorobie w łóżku, wśród przypływów i odpływów świadomości rozważam temat fałd. Był przecież taki okres w sztuce, kiedy thick bitches miały się świetnie. Mam na myśli rubensowską hossę na rynku plus size.

Moje fałdy

Uczciwie muszę przyznać, że mam do swoich obłości stosunek ambiwalentny. Bo to  jest tak: na co dzień w zasadzie o nich nie myślę. Nie spędzają mi snu z powiek, dopóki w miejscu publicznym nie wstanę razem z jakimś nonsensownie małym fotelikiem. Widzicie, wierzę we własną ewangelię. Zajmują mnie inne rzeczy, ważniejsze, niż rozmiar mojego tyłka. Mam wiele zalet i wad gorszych, niż rozmiar z metki. Nie zrozummy się źle, to  nie jest tak, że ja udaję, że nie jestem gruba. Bynajmniej.

Tym niedowiarkom, którzy nie są w stanie uwierzyć, że ktoś może nie mieć problemu  nazwaniem siebie grubym polecam cytat z Tess Holliday, który to bardzo mi się spodobał:

Nie chcę być nazywana seksownie krągłą, to jest niedorzeczne. To obraźliwe! Nawet nie możemy być tym, kim naprawdę jesteśmy. Często spotykam się z podstawą  “to tylko szufladka”. Dla kobiet plus size ma to zupełnie inny wymiar: Ty jesteś plus size, ja jestem plus size, Ty jesteś gruba, ja jestem gruba. I tyle. Żadnej nienawiści, żadnych obelg. Zwykłe stwierdzenie faktów.

Jako długodystansowa nosicielka fałd, zgadzam się w całej rozciągłości. Jeśli przed samą sobą będę udawać, że nie ma tematu, że to przecież o kimś innym to jak mogę wciskać innym, że można pokochać siebie? Coś tu zalatuje hipokryzją, co?

Na wojennej ścieżce

Powiedzmy sobie uczciwie, to nie jest tak, że za każdym razem, kiedy mijam lustro pieję z zachwytu. Są takie dni, kiedy widzę tam tylko wady. Siwe włosy, pryszcze, worki pod oczami, obwisłe cycki, fałdy, rozstępy, cellulit, włosy i przebarwienia. I nic mi się wtedy nie podoba. Bardzo ciężko jest mi się wtedy zdobyć na dobre słowo.

Myślę o komentarzach, które pojawiły się wczoraj na facebooku pod zdjęciem, które udostępniłam. Napisałam pod nim, że kiedyś uważałam, że nie zasługuję na piękną bieliznę. Na dobre myślenie o sobie. Ubrana w koronki czułam się nadal jak prosiak. Tak było,  nie ma nic złego w przyznaniu się do słabości. O wiele trudniej niż napisać te słowa, było czytać to, co pisały o sobie dziewczyny.

Jak to się stało, powtarzam pytanie, co i kiedy poszło nie tak, że piękne dziewczyny myślą o sobie w kategoriach pomyj tylko dlatego, że mają trochę więcej ciała niż przewiduje norma?

Norma, która nawiasem mówiąc nie istnieje, każdy ma COŚ.

Walczysz czy uciekasz?

Spokojnie, możesz się chwilę zastanowić. Możesz też się przyznać, większość z nas domyślnie wybiera drogę ucieczki w kompleksy, w niechęć, w powtarzanie sobie okropnych rzeczy. Zakładamy worki, prewencyjnie staramy się nie rzucić przypadkiem w oczy. Komu? Tego nie wiemy, trudno powiedzieć, ale przecież cały świat by chyba umarł, gdybyśmy przypadkiem podniosły głowę, prawda?

Trochę to rozumiem, a trochę jednak nie.

Istnieją przecież jakieś granice, prawda? Jakiś punkt, w którym zapędzone zwierzę zaczyna walczyć, nawet to najłagodniejsze. Skąd w nas ta bezwolność? Skąd to przekonanie, że dodatkowe fałdy na ciele umniejszają naszej wartości tak drastycznie, że to my – właśnie my! – musimy się skulić, skurczyć, zmikronizować.

A gdyby tak – wariacka myśl – nie czekać, aż nadejdzie moment krytyczny? Gdyby tak wyznaczyć granice i się ich trzymać? Same uczymy swoje otoczenie co trzeba szanować, a co można puścić mimo uszu. Same nadajemy wagę bzdurom, bo tak! FAŁDY TO SĄ BZDURY!!! Nie potrafimy przy tym nadać właściwej wagi krzywdom, które robimy sobie codziennie.

Na odległość fałd

Moje fałdy są moją siłą. Wiem jak to brzmi, przez okno widzę uzbrojoną w widły tłuszczę skandującą PRO-MO-WANIE! O-TY-ŁOŚCI! Trzniam to. Serio.

Kiedyś regularnie miewałam olśnienia na miarę Paulo Koeljo w stylu “nie byłabym sobą gdy byłabym inna”, ale poważnie – bycie grubaską nauczyło mnie w życiu więcej,  niż jakakolwiek szkoła. Więcej, niż psychokołcze z internetów. Więcej, niż bym się nauczyła, gdybym całe życie była szczuplutka.

Bycie uber Syreną Lądową to dla mnie ogromna szkoła empatii i cierpliwości – nie tylko wobec innych, ale też tej trudnej, wobec SIEBIE. Nauczyłam się widzieć motywacje pod maską maski maski i może wciąż jeszcze mylę się co do ludzi, to dużo rzadziej łapię się w dziwne towarzyskie zasadzki. Nauczyłam się wybaczać, ale też odrabiać lekcje. Nauczyłam się przegrywać i wynosić z tego korzyści.

Nauczyłam się przede wszystkim tego, że muszę być adwokatem własnych fałd, bo nikt ich nie weźmie w obronę w moim imieniu.

Jeśli możecie coś dla mnie zrobić to właśnie teraz, w końcówce listopada, spróbujcie popatrzeć na swoje fałdy z innej perspektywy:

Może i jest to skafander kosmiczny, zgadzam się.

Może i ciężko się w nim wysikać, też się zgodzę.

Ale bez niego nigdy byście nie zobaczyły księżyca z bliska.

POZOSTAŁE WPISY Z CYKLU:

A jak aktywnośc fizyczna – TUTAJ

B jak brak akceptacji – TUTAJ

C jak choroby – TUTAJ

D jak dyskryminacja – TUTAJ

E jak empatia – TUTAJ

________________________________

Photo by George Pagan on Unsplash

Leave a Comment

Comments (2)

  1. W moim przypadku to nie “co”, a “ktoś” poszedł nie tak. Mój pierwszy chłopak, osobnik pokręcony jak korkociąg – wolę tak o nim myśleć, niż jako o psychopacie. Komunikaty w rodzaju “Jesteś cudowna, najpiękniejsza, jesteś boginią” swobodnie przeplatał z uwagami typu “Znowu jesz. Tak to nigdy nie schudniesz!” Na moją odpowiedź, iż owszem, tak, ludzie JEDZĄ, niektórzy nawet kilka razy dziennie – żachał się i zamykał w sobie, by karać mnie milczeniem. Pod koniec naszego związku wywrzeszczał mi w twarz: “Kiedy się poznaliśmy, miałaś na brzuchu jedną fałdę, a teraz masz DWIE!” Kiedy spytałam – po grzyba właściwie mnie nie porzuci i nie znajdzie sobie jakiejś wymarzonej chudziny, odparł mniej więcej: “Co to to nie. Za dużo już ZAINWESTOWAŁEM W TEN ZWIĄZEK i to mi się musi zwrócić! A poza tym ZAŁOŻYŁEM, ŻE SCHUDNIESZ.” Nie miałam wtedy ani wiedzy o parszywych zakamarkach ludzkiej natury, którą mam teraz, ani odwagi potrzebnej, by kopnąć zasrańca w dupę i nie oglądać się za siebie. W końcu porzucił mnie w kwadrans, bo poznał gdzieś chudzinę. Odbudowywanie kompletnie strzaskanego poczucia wartości własnej trwało dosłownie lata. Tak, bardzo wiele się po drodze nauczyłam. Można powiedzieC, że nauka wciąż trwa. 🙂

  2. A ja z innej strony napiszę.
    O tym, że ciało to nie wszystko, że przecież głównie jesteśmy osobowością.
    Całe życie byłam ładna, a teraz, kiedy wyrosłam z wieku nastoletniego jestem jeszcze ładniejsza, figurę mam modelki, ale niezbyt chudej. Jako gówniara lubiłam się bawić urodą i tym jak działa na facetów.
    A teraz przeciwnie. Rozmawiam z kimś, chcę się trzymać wątku, tematu, wymieniać się technikaliami, a tu się nie da, bo widzę że gościowi wzrok ucieka na moją figurę.
    Z jednej strony niby to miło, z drugiej, drażni mnie.
    Nie chcę być tylko ciałem, ale też tym, co w środku.
    Efekt jest taki, że nabieram tendencji do noszenia luźnych, workowatych ubrań. Po to, żeby nie zwracać uwagi, zamaskować figurę, żeby podchodzili do mnie bardziej merytorycznie.
    A więc zupełnie inna sytuacja bazowa, wy grubsze, ja zgrabna, a dochodzimy do tych samych problemów. Walki o to, żeby otoczenie widziało nas, a nie tylko nasze ciała.
    Pozdrawiam.

Hej, Syreno Lądowa!

Zostaw swój e-mail, a nie przegapisz ani literki! Zapisz się na pierwszą całkowicie ciałopozytywną listę mailową.

Chcę się zapisać do Syreniej Poczty Niekoniecznie Lądowej (możesz się wypisać kiedy tylko zechcesz. Jeśli zechcesz!).

FreshMail.pl